czwartek, 4 czerwca 2015

Top secret w T-mobile, Exception w Pet Insurance, No idea w Ivy-Tech


Ewa:
Oto jak w krótkim czasie trzy razy zderzyliśmy się z amerykańską rzeczywistością Wszystko miało miejsce niemalże dzień po dniu. 
Niby nic strasznego się nie stało, ale pewne rzeczy są irytujące. 

O przejściach z T-mobile już pisałam. W sobotę chciałam skontaktować się z bankiem, żeby im pomóc wyjasnić sprawę. No bo skoro własny pracownik T-mobile nie może dostać tajnego nr faksu, to co dopiero pracownik obcej firmy - choćby i banku ma wskórać?
Niestety w sobotę infolinia nie działa. Dlatego postanowiłam zadzwonić w poniedziałek. Wcześniej zerknęłam jeszcze na stronę T-mobile, a tam... Zaległość znikła. Nie ma. Co jak i dlaczego - też top-secret. Skoro tak, nei będę drążyć. Pewnie nie mam uprawnień do takiego poziomu tajności. Ważne, że wszystko gra. Jedyne co muszę sprawdzić, to czy nie wpisali mi w rejestrze opóźnionej wpłaty. Tu liczy się terminowość.

Dostałam pismo z VPI Pet Insurance.
Do chorób, za których leczenie nie będą płacić dopisali choroby wątroby oraz nieżyt żołądka i jelit. Z jakiegoś powodu kiedy tylko ubezpieczyłam Kolrat na liście znalazło się zapalenie gardła i tchawicy. W sumie słusznie, bo kiedy ją ubezpieczałam, takie ograniczenie się nam należało, ale...
Ciekawa jestem na jakiej podstawie je wpisali, skoro powiedziałam tylko, że w ciągu ostatniego roku miała leczony ból gardła ale nie precyzowałam ani kiedy ani ile razy. (W sumie dość sporo, raz złapała coś co nie chciało łatwo przejść, ale ubezpieczyciel do niedawna nie miał o tym pojęcia. Szczegółów dowiedzieli się dopiero jakieś 2 m-ce temu, kiedy wysłałam zapisy z leczenia Korlat z całego 2014.) 
Tymczasem zgodnie z zapisami w umowie, chorobę uznaje się za istniejącą i nierefundowaną jeśli zwierzak chorował na nią lub był leczony w ciągu ostatniego pół roku. Tego zaś w rozmowie przed zawarciem umowy, kiedy podawałam dane psa, nie doprecyzowaliśmy. 
Zastanawiam się jeszcze jak ma się nieżyt żołądka i jelit do wykluczenia choroby: np jeśli coś się stanie z jelitem grubym, które w badaniach (łącznie z histopatologią jest zdrowiusieńkie) to na jakiej podstawie nie będzie nam przysługiwało pokrycie kosztów leczenia? (Bo że nie będzie przysługiwało jakoś nie mam wątpliwości.) Poczekam aż wróci Bartek. On jest bardziej upierdliwy, może pomoże mi napisać odpowiednie pismo z prośbą o doprecyzowanie. 
Dla świętego spokoju poczekam jeszcze chwilę (niech będzie pół roku od zawarcia umowy, żeby mi zaraz z jakimś punktem w regulaminie nie wyskoczyli) i wyślę druczek o włączenie z listy "preexisting" wykluczyć choroby gardła i tchawicy. Nie chorowała na to od września. Pół roku dawno minęło. Nie po to się ubezpieczamy, żeby wszystko kolejno było wrzucane na listę "za to nie zapłacimy".

Joshua:

W ramach przygotowania czy też wszczęcia procedury zmiany statusu z nisko uposażonego pracownika fizycznego, na gwiazdę rankingów zdolności kredytowej, wybrałem się po wstępnym przeanalizowaniu sytuacji do college'u. Znaczy na razie wybrałem się sprawdzić, co mogę... I póki co niewiele.
Dodam na początek, że między innymi na łatwiejsze kontakty, oraz zniżki w opłatach, od początku byliśmy zdecydowani na naukę na uniwerku Ewy. Ale tutaj uniwersytet kształci bardziej teoretycznie, a mniej praktycznie - a mnie interesuje nie kariera naukowa, tylko uzyskanie uprawnień na lepiej płatną robotę. Po sąsiedzku jest stanowy college Ivy Tech, działający przy tutejszej strefie ekonomicznej. No, do dzieła.
Po sprawdzeniu z wielką pomocą Jennie, bez której na razie nie umiemy się odnaleźć w opisach tutejszego systemu edukacyjnego, ustaliliśmy że mógłbym zrobić kursy księgowe. Jak wiadomo wszystko najlepiej sprawdzić osobiście i na miejscu, więc korzystając z wolnego w niedzielę (i nieodsypianiu dzięki temu w poniedziałek) pojechałem na miejsce. I tutaj niewielkie zaskoczenie: pracownicy na miejscu nie mają pojęcia, co ze mną zrobić. Nie jestem obywatelem, nie jestem rezydentem - co może ważyć na kwestię opłat. Nie jestem studentem w ogólności, ani nawet zagranicznym - co decyduje o niezbędnych dokumentach do rozpoczęcia nauki. Ale nie mam też skończonego żadnego etapu amerykańskiej edukacji, więc żadnego tutejszego świadectwa... Paranoja, nie mają pojęcia co ze mną zrobić.
W ramach rozwiązania problemu dostałem wizytówkę dyrektora administracyjnego, który wprawdzie nosi swojsko brzmiące imię Ivan, ale nazwisko już bardziej lokalne (Hernandez). Właśnie korespondujemy, znów z pomocą Ewy i Jennie; póki co ustaliliśmy że opłaty będę musiał płacić jak student spoza stanu, ale (chyba) nie mam restrykcji w postaci obowiązku wylegitymowania się egzaminem z angielskiego. Teraz będziemy kombinować co zrobić z moimi dyplomami (czy zwykłe tłumaczenie wystarczy, gdyby do czegoś były potrzebne), i mimo wszystko pewnie spróbuję się umówić na rozmowę w Purdue. Tam przynajmniej wiedzą, że bywa u nich w mieście taki "alien" jak małżonek pracownika...

Ewa:
Ja dodam tylko, że Ivan poinstruował nas, że zanim można zacząć kursy księgowe trzeba spełnić pewne wymagania. I tak: na podjęcie kursów z księgowości wymagane są oceny (przynajmniej C) z dwóch kursów z języka angielskiego i... z kursu z matematyki. 
Biorąc pod uwagę poziom tutejszych szkół wyższych (odpowiednik szkół średnich u nas), może to być lekko żenujące. Nie ważne, ze potęgi i pierwiastki opanował w podstawówce, ocena z kursu być musi. Najgorsze jest jednak to, że naukę może zacząć dopiero jesienią, gdyż latem nie ma kursów z angielskiego) i że jeden semestr spędzi chodząc tylko na angielski i matematykę. 
No, chyba, że znajdziemy jakieś inne rozwiązanie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz