sobota, 27 czerwca 2015

Życie na naszym trawniku, kilka fotek z okolicy

Na początek - Selerowe Trzęsawisko ze strony ścieżki (poprzednio było ze strony "parku"), w późnowiosenne niedzielne południe. Zdecydowanie spokojniej, co? Oczywiście, nigdy nie wiadomo, co się może czaić tuż pod powierzchnią, ale jesteśmy dobrej myśli. Chociaż z drugiej strony spotkaliśmy węża, pierwszego tutaj, a przebiegający mi drogę w nocy opos (?) wyjątkowo długo spoglądał w moją stronę, zanim dał nura do kanału. Wyrazu twa... pyska w ciemności nie dostrzegłem.


Na wypadek, gdybyśmy mieli bardziej niż dotychczas prywatne miejsce zamieszkania, z poprzedniej wizyty w sklepie mamy pomysł na tabliczkę przed drzwiami. Znaczy ja mam, Korlat też się pewnie zgodzi - bo jak to tak, przed psem ostrzegać? No, że pies ostrzega - to wszystko w porządku i na swoim miejscu, ale w drugą stronę to ona nie widzi z pewnością potrzeby znakowania.


Oprócz półki bezglutenowej, jak już zdaje się pisałem, w markecie jest też półka koszerna. Czasami są na niej ciekawostki, jak "barszcz w stylu rosyjskim" (nie próbowaliśmy), oraz oryginalne wyroby importowane. Sprawdziłem, prosto z Izraela. Od Liptona.


Tutejsza z resztą kuchnia jest znacznie większym miksem, niż nam mogłoby się wydawać. W zasadzie z każdej strony coś można znaleźć. Niestety, oryginalność tutejsza to przerażające dla nas ilości tłuszczu w różnych postaciach, z reguły zestalonych. Za dobry przykład może posłużyć "ser", a w zasadzie swoista mieszanka sera z innymi tłuszczami, robiąca za typowy amerykański sos do makaronu. Sprzedawany w bloczkach po 3 funty. Drugim dobrym obrazkiem będą ogromne ilości sosów do sałatek, kosmicznie kalorycznych; jeśli nie na oleju, to są całe serie oparte prawdopodobnie na śmietanie, w każdym razie jasne. Tutejsze sałatki (takie z sałaty, i nie tylko) lubią pływać w czymś takim.


Miks z zza naszej wschodniej granicy, jak widać. Co ciekawe, wiele potraw które Polacy uznają za swoje i wręcz narodowe - tu są widziane raczej pod barwami innych nacji.



Pierwszy raz widziałem, to się dzielę: takiej jednostki w kraju nadwiślańskim nie stosują. Z pozdrowieniami dla Rysia M. i naszego wykładowcy z WSB, nie pamiętam którego.



Powyższe panoramki nie są może najpiękniejsze, ale za to zrobione "na mieście", w Lafayette, kiedy byliśmy na festiwalu restauracji. W zasadzie - na skraju samego centrum, a już widać drzewa na przedmieściach. Widok na most, restaurację St. Preston, gdzie byliśmy na spotkaniu raz (tam nam dali cheese steak, zamiast cheese cake). Jak mi coś jeszcze przyjdzie do głowy, to uzupełnię.

A teraz newsy z dziedziny zawodowej: planuję awansować. Projekt zakłada przeskoczenie po pierwsze z nocnej zmiany na dzienną, po drugie z najprostszych robót do lepszych, znaczy tych - zdaniem managerów z Walmarta - bardziej wymagających; wprawdzie będzie to tylko nadzór nad żarciem na półkach, ale zawsze coś, bo według oficjalnej tabelki awansów - jakieś 2 miejsca (jedno już mam za sobą).
Zaczęło się tak, że po kilku tygodniach pracy, jak tylko zacząłem pracować na magazynie, zapytałem - żartując przy okazji - że powinni mi lepiej płacić. Assistant manager odparł, że mają stałą stawkę i wątek się urwał. Potem się dowiedziałem, że z nimi i tak się nic nie da w tej materii załatwić, od zmianowego Bułgara z którym razem pracuję. Po kilku kolejnych tygodniach złapałem wychodząc rano managera, który prowadził ze mną rozmowę kwalifikacyjną (stwierdzając, bo był drugi, że w zasadzie pytań do mnie nie ma), i zapytałem co mam zrobić żeby lepiej zarabiać w tej firmie. Stwierdził że muszę po pierwsze przenieść się na dzienną zmianę, bo dopiero na niej pracując mam szansę być zauważony przez kierownictwo. Złożyłem aplikację w systemie, Will kazał sobie dać znać jak to zrobię; po zmianie - jeśli sięuda - na początek stracę dodatek za pracę w nocy (niewielki), ale jest szansa na wyjście z najmniej sensownej roboty. Nie zależy mi za bardzo, raczej chcę w CV do nowego miejsca pracy pokazać, że awansowałem po paru tygodniach pracy... Ale może coś z tego będzie; tak czy inaczej jest szansa niedługo się ruszyć z miejsca. Wiele firm tutaj bardzo się chwali, że swoją kadrę kierowniczą mają z awansów wewnętrznych; podobnie jest w Walmarcie. Will stwierdził tylko, że może to zająć chwilę, wspomniał o lipcu, bo nie może wkurzyć zbyt wielu osób. Z rozmów wynika, że z jakiegoś powodu mu zależy na tym przeniesieniu. No, to trzymajcie kciuki.

Byłaby przy tym może szansa uniknięcia "deszczu" jakiego byłem ostatnio świadkiem. Wyszedłem o 2 na lunch, prognoza nie mówiła nic żeby miało padać. A tu na parkingu ciapki... Duchota nieprawdopodobna, woda wisi w powietrzu. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to nie deszcz pada, tylko wilgoć z powietrza się skrapla. Swoją drogą praktycznie codziennie w nocy i nad ranem na samochodach jest warstwa skroplonej wody, mimo temperatur cały czas po 20-kilka stopni. Dziś dla odmiany trochę wieje i nie jest tak wilgotno, skorzystamy zaraz z okazji i pojedziemy na chwilę z psem, usiąść w jakimś nowym parku. Niech ma chociaż coś, a nie tylko siedzenie w domu przez całe te miesiące choroby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz