W sumie nie ma jakichś szczególnym powodów do radości. Ot kolejna sobota i niedziela, trochę więcej czasu razem, okazja do uzupełnienia zapasów i lekkiego upgrade'u mieszkania.
Jakiś czas temu zamówiliśmy grafikę na ścianę. Chyba odreagowujemy nienajlepszą dostępność tego typu ozdobników w Polsce, bo nasz flapartment robi się coraz bardziej nerdowy pod tym względem. Wyjąwszy living-room, gdzie wiszą oprawione w ramki fotki z naszych wycieczek (miały być zdjęcia z konfokala, ale zostałam przegłosowana) mamy na ścianie poster z Firefly, Atenę (Battlestar Galactica), a teraz przyszła kolej na grafikę Banksy'ego nawiązująca do Star Wars.
Były plany żeby się gdzieś wybrać, ale trochę nawalił mi kręgosłup. Może nie powinnam w przyszłości zeskakiwać na ziemię z szafki, kiedy wspinam się, żeby otworzyć okno w swoim gabinecie?
Korlat dostała suchą karmę. Z tych hipoalergicznych. Oczywiście nie ma mowy, żeby się skusiła i zjadła. Nie i już. Z jednym wyjątkiem: W sobotę jadła na polu. I to nawet chętnie. Dziś już nie. Zatem to nie smak karmy ją odrzuca. Jakkolwiek nie jest łatwo się z tym pogodzić, stwierdzam, że problem z jedzeniem karmy w domu musi być generowany przeze mnie. Nie ma innej opcji. Przecież zwierzak nie głodzi się z wyboru. Coś powoduje, że czeka na gotowaną michę, która jej bardziej podchodzi, a nie chwyci się tego co ma. W pewien sposób to dobrze. Bo to znaczy, że zmiana jest w naszym zasięgu i nie powinno być trudno wszystko wyprostować. (Trzeba "tylko" wiedzieć jak). Przestawienie Korlat na suchą karmę będzie miało zaletę dla nas. Jest o wiele wygodniejsze, nie trzeba znosić zapachu gotowanego mięsa (to dla mnie) nie trzeba po nie biegać (za jagnięciną musiałam urywać się z pracy) i szukać wolnej lodówki, do której można włożyć jedzenie. Jakby nie było do większości lodówek w pracy - nie można. Co nie znaczy, że w niektórych zamrażarkach nie są przechowywane różne części zwierząt, ale to nie w celach konsumpcyjnych.
Jest już wieczór, upał nie odpuszcza, za to dotarła do nas burza. Fakt, były ostrzeżenia pogodowe, ale zwykle się na ostrzeżeniach kończyło. Tym razem też nie ma tragedii, jedynie tyle, ze mocno wieje, leje ulewny deszcz i grzmi. Na szczęście sezon na tornada za nami a następny zaczyna się dopiero we wrześniu, ale widok z okna i tak był fajny.
Chwilę temu obserwowaliśmy za to zabawną sytuację. Starając się biec slalomem między stanowczo zbyt gęsto na taki wyczyn padającymi kroplami deszczu, sąsiad zasuwał do samochodu, bo najwyraźniej przypomniał sobie, że zostawił otwarte okna. Było nam go żal, ale wyglądało to dość zabawnie.
Tak, tu w upalne dni niektórzy nie zamykają okien. No bo po co tracić czas na wietrzenie samochodu?
Tak czy inaczej weekend się kończy. Nie było szaleństw, ale nie było też źle. Jedyna fajna rzecz, która przychodzi mi do głowy, a która się nie wydarzyła, to sesja RPG wieczorem. Ale we dwójkę jakoś ciężko. To jak? Ktoś chętny?

No ja na sesję chetny jak tlyko będzie jak...
OdpowiedzUsuńE, tam. Zawsze jest jak. Pakuj się, do Indianapolis dolecisz, a to już niedaleko, to możemy po Ciebie podjechać ;)
Usuń