Jak kiedyś pisałam, zamówiłam w Macy's sukienki. Pierwszy raz zdarzyło się, że nie pasowała na mnie żadna. Ale Macy's załączyło, z wdzięczności za zamówienie, kupon na rabat 25%.
Pojechaliśmy więc oddać sukienki do sklepu, żeby rozejrzeć się z kuponem na miejscu. Przy okazji wymyśliliśmy, że można wykorzystać kupon na 20% do Kohls'a i poszukać jakiegoś blendera. Ten pomysł chodził za nami już od jakiegoś czasu.
W macy's zła wiadomość była taka, że kupon jest ważny tylko dla posiadaczy ichszej karty kredytowej. Dobra taka, że w dniu założenia karty jest dodatkowe 20% rabatu.
Jak szaleć to szaleć.
Jedną sukienkę oglądałam już wcześniej na żywo, ale uznałam, że $70 to za dużo. Dziś przecenili ją o połowę. A od 35$ można było odjąć jeszcze 45%. Aż mi było głupio kupować ją w takiej cenie. Drugą przecenili trochę mniej, ale była fajna. Z wysiłkiem dobrałam jeszcze trzy bluzeczki i naprawdę nie było sensu wydawać więcej kasy na ciuchy. Poszliśmy oglądać blendery. Jak to w takich chwilach bywa, wyszliśmy z lepszym sprzętem niż planowaliśmy ale za to w niższej cenie. No i dobrze, przynajmniej coś z tego mamy.
Wychodząc przypomnieliśmy sobie o fladze. No w końcu jak święto to święto. Wieszać jej nigdzie nie będziemy, ale było w domu wesoło.
Jutro Kotlat idzie znów do kliniki. Z założenia na 3 dni, ale może wróci wcześniej. Żal mi jej i się martwię, ale chyba nie wiele opcji nam już zostało. Niech zrobią to badanie, zobaczymy co jeszcze w brzuszysku siedzi.
A tak przy okazji: Nasze psie zjadło wczoraj (niewiele, ale zawsze coś) troszkę suchej karmy z miski!
Przedwczoraj chodziła, szukała, marudziła. Wczoraj robiła awanturę. Ale w końcu, zgłodniawszy solidnie, poszła i zjadła za mało, ale jednak zjadła. To się nazywa sukces :)
Wczoraj wyciągnęłam ze skrzynki całą masę kopert. Poza kolejną ofertą z jakiegoś banku, były tam koperty VPI. A w środku trzy czeki. Zawsze coś, choć wolałabym, żeby nie było potrzeby pisać o zwrot.
Od czwartku prawie codziennie przechodzą nad nami burze. W piątek zupełnie o tym zapomniałam i zostawiłam tutejszym zwyczajem otwarte okna w samochodzie. Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Tak wyglądało niebo:
Jakieś 10 min po moim wyjściu spadły pierwsze pojedyncze krople deszczu, ale szczęście mnie nie opuszczało jeszcze przez chwilę: Dopiero kiedy dojechałam do domu lunęło. I to naprawdę solidnie. W pracy nawet nie widzę jaka jest pogoda. W gabinecie okno mam małe i za plecami, a w labie jestem zbyt zajęta by patrzeć jaka jest pogoda. Chyba przestawię się z parkowaniem na parking wielopoziomowy. Auto będzie bezpieczniejsze i chłodne w upały. Gorzej tylko, że w razie burzy zanim tam dotrę, mój laptop może już pływać w swojej torbie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz