Wpakowaliśmy rano Korlat do samochodu i pojechaliśmy do kliniki. Nie było mi z tym dobrze, wolałabym raczej jeszcze przeczekać, spróbować jeszcze raz ze sprowadzanym lekiem, a dopiero później oddawać ją na tą gastroskopię, ale nie było już jak się wymigać a i lek wciąż jeszcze nie dotarł.
Pierwszą niespodzianką w klinice było, że zabieg ma robić Dr Wolff a nie Hui. Ale pytania studentki, która przyszła zebrać wywiad zaskoczyły nas kompletnie: Czy zanim Korlat zachorowała w styczniu, odwiedziliśmy jakieś nowe miejsce? Może któryś park dla psów?
TAK! Przecież od początku mówiliśmy, że obawiamy się, że złapała jakiś tutejszy patogen biegając za piłeczką w ogrodzonym psim ogródku!
Czy mieszkaliśmy cały czas w tym samym miejscu? Czy pojawiło się coś nowego w mieszkaniu, czy mieliśmy używane wykładziny? Czy w Polsce działo się coś, co mogło być początkiem infekcji? Jak podróżowała samolotem i czy mamy w domu jakieś rośliny, które mogą być trujące? Czy zmieniliśmy karmę, czy pije wodę prosto z kranu?
Nikt wcześniej o to nie pytał, a podawana przez nas informacja o psim parku została przez dr. Hui'a zignorowana. Te pytania sugerowały, że dr Wolff zmierza w tym samym kierunku, w którym ja chciałam pójść z diagnozą.
Na koniec już sam Dr Wolff powiedział, że możemy robić gastroskopię, ale objawy Korlat wskazują na problem z jelitem grubym a nie cienkim i on uważa, że jest mało prawdopodobne, że gastroskopia cokolwiek wyjaśni. Zasugerował jej odroczenie, przynajmniej dopóki nie wyczerpiemy innych opcji, a te mamy jeszcze co najmniej dwie. I obie są związane z innymi, niż Korlat dostawała do tej pory, lekami. Powiedział, żebyśmy nie katowali jej hipoalergiczną karmą, skoro tak bardzo jej nie smakuje, bo reakcja prawie na 100% nie jest alergiczna. Przecież ja się o to kłóciłam aż do teraz! Antyalergiczną karmę dostała w przypływie desperacji, żeby udowodnić sobie i wetom, że to nie działa. (Korlat już uwielbia dr. Wolffa, choć o tym nie wie).
Ten człowiek nas słuchał (!) kiedy mówiłam, że metronidazol powstrzymywał biegunki i kompletną zapaść, ale nigdy jej nie wyleczył, że biorąc albon zachowywała się lepiej. Przyznał, że badanie kupy mogło dać fałszywy wynik ujemny i że chciałby jeszcze je kiedyś powtórzyć. I że on uważa, że mamy raczej do czynienia z jakąś oporną na metronidazol infekcją.
No nareszcie!
Dostaliśmy nowy lek. Mamy zaraportować co i jak za dwa tygodnie albo wcześniej, jeśli się pogorszy. Nareszcie czuję, że idziemy w lepszym, niż chłoniak/zapalna choroba jelit/alergia kierunku. Nareszcie trafił się wet, który nie ignoruje objawów i myśli poza schematem terapeutycznym. Ten facet analizuje dane zupełnie inaczej, stawia inne pytania i podważa oczywiste na pierwszy rzut oka wnioski. Dopiero później zobaczyłam na opisie wizyty, że przed nazwiskiem ma także PhD. To może tłumaczyć sposób myślenia.
Kiedy mówił o lekach, tez było widać więcej wiedzy. Może zajmuje się takimi właśnie chorobami? (Nie wiem, nie znalazłam żadnych publikacji na potwierdzenie tej hipotezy). Mam nadzieję, że ma rację i że w końcu wyleczymy nasze psisko.
Wracając do domu kupiliśmy puszki. Takie normalne psie puszki z mięsem, nie jakieś przetworzone świństwo. Tak posmakowały, że Kotlat poszła buszować nosem w reklamówce z ich niewielkim zapasem. Niestety ceny "gulaszowych" puch, gdybyśmy chcieli karmić ją tylko nimi wychodzą absurdalnie wysokie - wyższe niż jagnięciny. Musimy wymyślić coś innego. Najbardziej nas cieszy, że póki co wtrąbiła cała miskę ze swoim nowym lekarstwem. Mam nadzieję, że w nocy nie będzie problemów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz