środa, 1 lipca 2015

The cat of freedom

Miało mi się chcieć opisać spacer po "starym mieście", to będzie kilka fotek. Na początek - ulica. Niby nic, ale jak na miasto, to wszystkie te chałupy jakieś niskie takie. Tu jeszcze nie widać, mimo wszystko 3 kondygnacje jakoś dają radę robić wrażenie przestrzeni zabudowanej, ale dalej jest znacznie bardziej wiejsko - zwłaszcza, że z nadmiaru miejsca do budowania większość posesji otoczona jest większymi lub mniejszymi trawnikami i drzewkami. Nawet okolica, na którą Ewa tak psioczyła po przyjeździe, czyli domu profesora, wygląda znacznie lepiej teraz - drewniane domki z sidingiem zostały w dużej mierze zasłonięte przez zielone ogródki przydomowe i zieleń przyuliczną, i jest lepiej.


Widok w drugą stronę, już widać koniec "downtown" (dzielnica, jedna z wielu - w sadzie po protu umowny rejon miasta - wszystkiego ca. pół godziny żeby obejść wokół) i koniec wyższych budynków, wracamy do parteru. Szyld dla ciekawostki.


Boczna uliczka, spodobały mi się typowe schody ewakuacyjne. Na ścianie jeden z tutejszych murali, którymi miasto się chwali nawet na swojej stronie, jako przejawami tutejszej sztuki.


Poprawka muralu. Jest ich w sumie w mieście kilkanaście, z reguły jakieś dziwne, abstrakcyjne; jeden nawet jest zdaje się malowany przez lokalnego twórcę komiksów, którym to "przemysłem" aktywiści miejscy nawet się dość chwalą.


Kolejny przykład ulicznej sztuki, to zdaje się miała być "rodzina farmerska"; rzeźba ozdabia okolicę placu, na którym odbywają się kilka razy w tygodniu lokalne targi z żywnością. Jeszcze się nie wybraliśmy, bo ciągle jakoś po powrocie do domu wychodzi tak, że jemy obiad i... dzień się w zasadzie kończy. Zwłaszcza, że cały tydzień ja na 10 zasuwam na roboty.


Ewa już była na miśku, to teraz misiek drugi. Nie wczytywaliśmy się, co niby miały przedstawiać; niech sobie będą i wnoszą kolor na ulice - chyba na tym ma polegać ich zasadnicza rola. Postawione są zdaje się z okazji "Taste of Tippecanoe" czyli festiwalu, na którym byliśmy - Valerij z Galiną je "kolekcjonowali" z mapką w rękach, jak ich wtedy spotkaliśmy.


Panoramka z centrum miasta. Jakiś parking po prawej, za złotym lwem - miśki nie są jedynymi zwierzakami. Dobrze widać sygnalizatory uliczne, które tak zdeprymowały zwłaszcza Ewę na początku - są de facto za skrzyżowaniem, co ma tą zaletę, że nie trzeba całować szyby, żeby widzieć czy już można jechać.


Tu nam się nie udało wejść: lokalny zbiór automatów do gry, znaczy pinballi i chyba nie tylko. Do odwiedzenia następnym razem, może razem z muzeum miejskim. Do tego ostatniego nawet nie zaglądaliśmy, zakładając iż dziwne zwyczaje związane z godzinami otwarcia raczej i tak wykluczą zwiedzenie tym razem. Po sprawdzeniu jednak trzeba się będzie kopnąć, bo biorąc pod uwagę jakość zaproponowanych przez miasto atrakcji, to niewiele tu jest do robienia. Więcej byłoby niby-historycznych, bo jest też jakiś zrekonstruowany fort w okolicy, park przy Battle Grounds, ale jakoś Ewy tam nie ciągnie.


Z pozdrowieniami dla wiernego czytelnika, lokalny sklepik "garncarski".




A to jedna z ostatnich na trasie atrakcji turystycznych, stacja benzynowa i zakład oponiarski w jednym. Przetrwało w stanie takich raptem siedem, wg. informacji z przewodnika ze względu na znakomite materiały budowlane, w jaki firma zainwestowała przy ich stawianiu. Znaczy cegła. Cywilizacja drewnianych chałup... Po apokalipsie w tej części Ziemi niewątpliwie najłatwiej będzie przyrodzie wrócić do stanu sprzed obecności homo sapiens.


Na szczęście tankowanie obecnie odbywa się w nieco nowocześniejszych warunkach. Aczkolwiek do dnia dzisiejszego nie potrafimy ani zrozumieć, ani wytłumaczyć sobie w jakiś logiczny sposób, dlaczego przy płaceniu kartą w dystrybutorze pyta owo urządzenie o kod pocztowy, a ignoruje PIN. Fascynujące. Nie żeby te 30 parę dolców w razie kradzieży paliwa stanowiło jakiś problem, ale to zadziwiające. Inna sprawa, że do chyba $50 w sklepach i tak się nie autoryzuje transakcji, a przy polskiej karcie nie pytał mnie o PIN nawet przy większych zakupach.


Przyczynek do naszego kolejnego zdziwienia, do dziś nie wyjaśnionego: numeracja budynków. Niby zaczynają się numery od 1, jak w cywilizowanym świecie, ale zaraz potem lecą w setki i potem już tysiące. Jak się dowiem, co oni w ten sposób numerują, to nie omieszkam się podzielić wiedzą. Póki co podejrzewałem już, że numery do odległość od punktu początkowego naliczenia na ulicy, ale też mi się nie zgadza.


Na koniec fota kota. Zaczęło się niewinnie, od poszukiwania ubranek dla dzieci; jeden zestaw miał być ze zwierzątkami i księżniczkami, ze szczególnym uwzględnieniem kotków - no, to efekt poniżej.


To JEDYNY znaleziony w kilku sklepach kotek. Są koniki, motylki, zdarzają się słoniki albo żyrafy. I koniec.
Oglądaliśmy niedawno spot reklamowy, prawdopodobnie polityczny, ale wycięte były już końcowe informacje, na którym jeden ze znanych hollywoodzkich aktorów krytykował "reklamujących" amerykańską wolność rozmówców w jakiejś debacie. Wolność mają i w Niemczech, twierdził, i w  Japonii i w całej Europie. Spora część świata może równie swobodnie jak tutaj handlować, rozmawiać, pisać co chce. Amerykańska wolność jest tylko sloganem, mitem który sobie powtarzają kolejne pokolenia.
Pomijam aferę związaną z brakiem multirasowości w komputerowym Wiedźminie, bo to jest kpina. Ale oni tutaj naprawdę nie rozumieją, że społeczeństwo może być tak homogeniczne, że nie będzie ani czarnych, ani żółtych, ani nawet za niskich i za wysokich... To była moja obserwacja z ulicy - nie że są kolorowi, ale że gabarytowo ludzie potrafią się tak różnić. To coś, czego na naszych ulicach po prostu nie ma, a tu praktycznie od 4 do 7 stóp wzrostu ludzie chodzą obok siebie, nie jako ewenementy, ale tak po prostu, bo tacy się urodzili. A ja, wychowany w Polsce jeszcze za zamkniętymi granicami komuny, tego nie wiedziałem.
Nigdy też nie widziałem w Polsce na ulicy kobiety w burce (to ten najbardziej restrykcyjny strój, z zasłoniętą twarzą i koronką przesłaniającą otwór na oczy), w towarzystwie z resztą męża w galabiji. Pewnie nie chcielibyście widzieć, bo obecnie muzułmanie źle się nam w zachodnim świecie kojarzą, ale tu są. Ich widziałem jednego wieczoru w sklepie, następnego dnia rano w tej samej alejce zakupy robiła para kwakrów, również w tradycyjnych strojach.

A, bez foty będzie sklep, z którego wynieśliśmy breloczek do kluczy. Znaczy za pieniądze wynieśliśmy. Poza koszulkami z Marleyem i Metallicą, mrrrocznymi wisiorkami i humorystycznymi szklankami, na stojakach z tyłu obok skórzanych gorsetów odkryliśmy całkiem niemałą kolekcję erotycznej bielizny, zabawek i innych wyrobów (teoretycznie) mających sprawiać dorosłym przyjemność w sypialni. Sklep w centrum handlowym, nie oznakowany w żaden sposób "przeciwdzieciowo"; z resztą w czasie naszej wizyty jakaś mamusia z wózkiem i drugą pociechą samobieżną wycofywała się ekspresowo, żeby progenitura nie zorientowała się iż może zadawać konfundujące pytania. Fajnie, bo u nas trzeba byłoby długo szukać, potem zakładać czarne okulary i schodzić do jakiejś sutereny, żeby w atmosferze różu i grzechu robić takie zakupy. Może to jest też jakiś kawałek wolności..?

Wiadomości nocne: wolnością cieszą się również kojoty. Trochę nieswojo sie poczułem w nocy wracając z przerwy, mimo że one są tchórzliwe i widziałem je tylko z daleka. Kiedyś jeszcze w zimie wieczorem też jednego widziałem, więc częstotliwość niewielka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz