wtorek, 28 lipca 2015

Wyrzucone kupony, czesanie małego diablęcia,

Dziś przypomniałam sobie, że za zakupy sprzed dwóch tygodni mamy 10$ gratisu w Kohl'u. Do tego doszło 5$ "nagrody" za sumaryczne zakupy z zeszłego miesiąca. W sumie nic do kupienia nie mieliśmy, ale jakoś tak szkoda zmarnować. No to może weźmiemy jeszcze jeden ręcznik kąpielowy? Są po 40$ ale na nie prawie zawsze jest 50% rabatu, no to za 5$ będzie w sam raz. 
Przed wyjściem poszłam sprawdzić co jeszcze z Kohla mamy i znalazłam jeszcze trochę kuponów.



No naprawdę wypada się tego pozbyć... Ostatecznie dwa ręczniki wycenione na 80$ kosztowały nas 16. Ale najgorsze jest to że wciąż została nam ponad połowa tych kuponów. 
Po prostu doszliśmy w końcu do etapu, kiedy mamy prawie wszystkie istotne rzeczy. Może fajnie byłoby kupić jakąś ramę na dwa materace do drugiej sypialni, może szafki do postawienia obok naszego łóżka, ale tak naprawdę nic pilnego nam nie trzeba. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy żeby te kupony zwyczajnie wyrzucić, bo przestały być potrzebne. Stały się jedynie działaniem marketingowym: Przyjdź do sklepu, wydaj więcej. A my damy ci nowe kupony. 
Z drugiej strony bez kuponów głupio iść do sklepu. 

Powoli planujemy wakacje. Dziś planowaliśmy trasę na wrześniowe dwutygodniowe zwiedzanie. W sumie  gdyby były dwa miesiące wolnego, też nie byłoby za długo. 


Poniżej fotka zrobiona przez okno z naszego labu. I jaki to ma sens? Pomieszczenie, które go połowa będzie zaciemniona jest z takim widokiem, a gabinety w których człowiek siedzi przy biurku i chętnie dla odmiany wyglądnąłby na zewnątrz mają jedynie malutkie okienka pod sufitem, przez które nic nie widać, a żeby je otworzyć trzeba się wspinać. I dziwić się, że szef nie korzysta z gabinetu, a ja jak tylko mogę, to wolę pracować w domu...



Dziś uparłam się, żeby wyczesać Maybe. Leni się nieprawdopodobnie. Walka będzie długa, ale musimy ją podzielić na rundy, inaczej będą ofiary. Na razie pozwalam diablęciu drapać pazurami szczotkę. Tak myślę, czy nie opatentować takiej z wysięgnikiem. Wystarczyłoby pół metra i byłoby ok. 

Maybe szybko zrozumiała i zaakceptowała ograniczenia panujące w mieszkaniu, my zaczynamy rozumieć o co nas kiedy prosi. Tylko czesanie jest punktem co do którego kategorycznie się nie zgadzamy. No i jeszcze spanie. Maybe uwielbia się przytulać. Uhm... wszystko fajnie, ale nie przy takiej pogodzie. 
Wczoraj stwierdziłam, że 76 stopni to wciąż za dużo, w powietrzu wiszą krople wody i nie mogę spać. Podkręciłam klimatyzację, a diablę uznało, że zimno, przyszła się (i mnie) zagrzać. 

Rankiem wilgotność powietrza na polu osiągnęła 90%. Teraz spadła, ale to wcale nie znaczy, ze na polu jest przyjemnie. Po raz drugi w życiu zostawiłam otwarte do połowy okna w samochodzie i poszłam do pracy. Po wyjściu gratulowałam sobie tego pomysłu. 

Jutro jedziemy do Indianapolis na rozmowy w firmie biotechnologicznej. Trzymajcie kciuki. Mam nadzieję, że nie okaże się, że zrobiłam jakiś idiotyczny błąd.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz