Przewidzenie czy niebo pozostanie czyste czy za chwilę będzie granatowe i lunie deszcz było praktycznie niemożliwe. Jakby tego było mało tuż przed wyjściem (właśnie otwierałam drzwi gabinetu) zaczęły wyć syreny. I tak prawie 30 minut musiałam odczekać.
Żeby mnie pocieszyć, że podgoda kiedyś się w końcu poprawi, dziewczyny dały mi maskotkę - miśka polarnego. Wszyscy tu ze mnie mają ubaw cały czas.
Dziś Jennie pocieszała mnie, że w Brisbane byłoby gorzej. Paul uśmiał się serdecznie i z typową dla siebie "torską" stwierdził, że on nie chce mnie martwić, ale tam jest o niebo ładniej i fajniej niż w Lafayette. Też coś, wszędzie jest ciekawiej niż w Lafayette!
Jedyne pocieszenie: mój parasol przeciwsłoneczny jest prawie nieużywany. Od kiedy go kupiłam mieliśmy sporo deszczu, albo biegnę tylko na moment do samochodu i z samochodu.
Wczoraj - od niechcenia - kupilismy półki, żeby naszą niewielką kolekcję książek gdzieś położyć. Dlaczego od niechcenia? Bo nawet nei szukalismy. Po prostu jeden z postdoców się wyprowadzał, oddawał po taniości, a nam podeszły.
Co prawda po zakupie okazało się, ze nie bardzo wiemy gdzie je postawić, ale ostatecznie znalazło się niegłupie miejsce.
Miłego weekendu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz