Ze względu na stany zdrowotne obu moich sublokatorek, dzisiejsze plany wybrania się "gdzieś dalej" czyli na jakąś wycieczkę spaliły na panewce. Pozostało siedzieć cichutko w klimatyzowanej chałupie i nie przypominać gorącu na zewnątrz, że tu jesteśmy; albo jednak wyjść i gdzieś się przejechać, byle blisko i bez długiego chodzenia.
Warunki spełniał park upamiętniający miejsce bitwy z 1811 roku, gdzie agresywni imigranci (copyright by Sihaja) wybrali się uzbrojeni po zęby na ustawkę z lokalesami. Ci ostatni nieszczęśliwie dla siebie prowadzeni przez "Proroka" Tenskwatawę, brata Tecumseha, postanowili uderzyć z wyprzedzeniem, więc US imigranci pod wodzą późniejszego prezydenta Harrisona w samoobronie wytłukli ich na dobre, co być może nadawałoby się na przekroczenie granic obrony koniecznej, gdyby nie fakt iż historię piszą zwycięzcy. Ci tutaj napisali, i chociaż co do zasady uważają obecnie że trochę nie fair postąpili z czerwonoskórymi, to zupełnie nie przeszkadza im się cieszyć elementami historii tworzenia własnego państwa, w tym obejmującymi wyrzynanie "native americans". Post factum należy uznać, że z Tenskwatawy był zarówno dowódca militarny do niczego, jak i prorok w znaczeniu przewidywania przyszłości - tejże samej klasy.
Park ogranicza się do kawałka ogrodzonego trawnika, ze sporadycznie rosnącymi drzewkami, niewielkiego lokalnego muzeum, ławeczek do piknikowania (z publicznymi grillami, a jakże!), i ograniczenia prędkości przy sąsiadującej drodze. Gdyby polska historia zaczynała się 200 lat temu, pewnie też mielibyśmy takie; przy naszym stanie rzeczy musielibyśmy 90% terenu państwa przeznaczyć na parki upamiętniające każdą potyczkę... No, dobrze - trochę przesadzam. Wytłukli tu sporo Indian, którzy już się nie podnieśli po tej potyczce do poziomu zdolnego zaszkodzić US. I według tabliczki informacyjnej, potyczka wywołała późniejszą wojnę z Brytyjczykami.
Po wejściu do muzeum, które w szybkim tempie zwiedziłem sam (Ewa z Korlat siedziały pod drzewkiem), poczułem się jak na Krupówkach:
Przez chwilę poważnie miałem wątpliwości, czy na kolejnym stoliku nie znajdę prawdziwych odpustów, na grzechy przyszłe...
Dalej było jak to w muzeum: trochę staroci, trochę przedstawień tego jak się współczesnym widzi dana historyjka.
I trochę tak, jak dla dzieci. Na prezentację z kolorowymi diodami nie miałem czasu, może następnym razem.
No tak, tylko jak poważnie traktować miasto, które wracając na święta bożonarodzeniowe w 1824 roku postanowił założyć młodociany wagabunda? Nie ma miejsca na legendy o królach, smokach i rzucających się do wody królewnach; w Wabash obecnie raczej by się podobno otruła, niż utopiła. Sprzedał je z resztą trzy dni (sic!) po uskutecznieniu pomysłu, w maju pół roku później, zarabiając na całej operacji $8. Lokalesi są dumni, że zawsze tu dobrze szedł handel...
Dygresja: handel ogranicza lokalne prawo. Rozbiłem sobie nos na kolejnym, wracając z pracy przed 4 lipca czyli w ubiegłym tygodniu, i próbując wynieść (za pieniądze) z miejsca pracy flaszkę na uczczenie tego dnia. Nie da się. Sprzedaż alkoholu jest limitowana nie tylko z okazji niedzieli, ale też przed godziną 7 rano.
A pasażer na gapę? Nie doszliśmy do tego, kto się z nami zabrał z Battleground na przejażdżkę. Po ruszeniu z parku, po drodze stwierdziliśmy dziwne dźwięki w samochodzie, nieregularne, nie pochodzące z żadnego z naszych telefonów, nie przypominające żadnych które mogłyby być wydawane przez elementy samochodu i ewidentnie dobiegające z przodu auta. Po zatrzymaniu się nie znaleźliśmy wprawdzie żadnych wiewiórczych kłaków owiniętych na pasku klinowym, ale ewidentnie źródło dźwięków okazało się mieć nogi (albo raczej nóżki, pod maską nie ma zbyt wiele miejsca obok malutkiego silniczka v6) i opuściło tymczasowy mobilny lokal. Najwyraźniej mamy za mały silnik na maszynkę do mielenia wiewiórek (copyright by Jeremy Clarkson).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz