czwartek, 9 lipca 2015

Bieg za Indykiem czyli biegiem przez park narodowy Turkey Run

W weekend aczynaliśmy dostawać kota. Nie dosłownie, ale w przenośni - mieliśmy po prostu dość siedzenia w domu. Na tyle dość, że kiedy w niedzielę około 11:30 postanowiliśmy wybrać się w pogoń za indykiem (Park Narodowy Turkey Run), nic nie mogło nas powstrzymać. 
W jakieś 30 minut byliśmy gotowi do drogi, klucze - na wszelki wypadek - zostawiliśmy Bartkowi i pojechaliśmy.

Przy okazji była możliwość po raz pierwszy w zasadzie włączenia (i przetestowania przy okazji) jazdy na tempomacie. Nuda. Rozgryzienie instrukcji obrazkowej zajęło kosmiczne kilkanaście sekund, potem było po prostu monotonnie. Dziwnie się tylko siedzi, nie dotykając gazu, chociaż podobnie na początku dziwne było niedotykanie (nieistniejącego) pedału sprzęgła. Wszyscy jadą 60mph, przy ograniczeniu oczywiście 55. Powiem Wam: kosmos. Szerokie, proste drogi, czasami po 4 pasy z zielenią na środku, i... niecała stóweczka na budziku. W domu lecielibyśmy co najmniej o połowę szybciej, a tu wszyscy - ciężarówki, motocykle, otwarte terenówki i pick-upy ciągnące quady - razem z nami jadą równiutko sześć dyszek. Największa trudność podczas całej jazdy, to po pierwsze wyregulowanie prędkości dokładnie na taką samą, jaką ma samochód poprzedzający, żeby się nie zbliżać do niego i nie oddalać w dłuższym czasie, oraz oczywiście zwalczenie senności.

Widoki po drodze były właśnie takie jakich należało oczekiwać:


Kilka razy mijały nas różnego rodzaju maszyny rolnicze; tu widoczek na życzenie kierowcy, bo mnie te traktory tak zafascynowały, że nie mogłem sobie odpuścić.


Ale sama droga była dość przyzwoita. Kilka świateł, kilka zakrętów, kilka skrzyżowań. W tym taaakie:


Tak, to dwupasmowa droga z dopuszczalną prędkością do 55 mph. A na niej... skrzyżowanie z kolejna dwupasmówką. Świateł nie ma, ale są... cztery znaki STOP. (Oczywiście wcześniej jest znak informujący, że niedługo będzie znak STOP). I wszyscy z tych 55 mph grzecznie hamują, zatrzymują się na skrzyżowaniu, a później ruszają w kolejności w jakiej przyjechali. Urocze. 
Na miejskich ulicach przywykliśmy. Tu zrobiło wrażenie.

W końcu dojechaliśmy. Oczywiście na ogrommnym parkingu ciężko było się odnaleźć. Plan parku dostępny on-line opisany tak kompletnie inaczej, że komentując nie zostawiliśmy na nim suchej nitki. Poziomice? Jakie poziomice? Trasy opisane jako mniej lub bardziej... wyboiste. Gdzie niegdzie jakieś drabiny, wodospady i to by było na tyle. Dystans podany w milach, ale nawet nie na całych pętlach, kawałki łączą się ze sobą. Kiedy jest się przyzwyczajonym do naszych map, kolorowych szlaków i opisów z czasami przejścia, to w pierwszej chwili ciężko zrozumieć na co się właściwie patrzy. 
Czemu poskąpili poziomic zorientowaliśmy się jeszcze przed wejściem na teren parku: Byłoby ich za mało. Jennie na pytanie, czy podejścia były męczące usłyszała pytanie "jakie podejścia?" 
Mimo to było naprawdę przyjemnie. Ponieważ spieszyliśmy się do Korlaty, byliśmy chyba najszybszymi spacerowiczami - a tych było wielu. Zbyt wielu.

Sam spacer był przyjemny a widoki robiły wrażenie.


Na początku oczywiście ciekawiło nas wszystko, potem było trochę bardziej przyziemnie, leśnie i spacerowo, a mniej wyboiście.


Przyjęliśmy plan przejścia po jednej z trudniejszych ścieżek, jedynej z oznaczonymi drabinkami, później jakimś wąwozem; ale już bez dodatkowych spacerów na boki. Projekt zakładał, że na wieczorne podawanie leków naszemu psu chcemy być w domu, a lepiej trochę wcześniej niż później. W rezultacie spacer po lesie zajął nam ca. 2 godziny, przy niewiele krótszym czasie spędzonym w samochodzie... w jedną stronę. Trudno, był objazd - tu też są remonty.





Dwa zdjęcia powyżej, to... namiastka Slovenskiego Raju dla tubylców. Może to i dobrze, bo patrząc na stroje - a zwłaszcza obuwie - oraz gabaryty wielu współspacerowiczów, to na drabinkach byłoby im trochę trudniej.
Inna sprawa, że miejscowi pewnie wiedzą, że to tylko lasek do niedzielnych spacerów z dzieckiem i psem, a nie wyprawa z cyklu wielka turystyka wyprawowa. Moje turystyczne buty były chyba jedynymi w całym parku tego dnia... Ewa poszła w wersji cywilnej, poniżej kostki, ale mnie jakoś wygodniej było mieć kopyta wsadzone w coś solidnego. W samochodzie można się było przecież przebrać w sandały.






Poza wodą płynącą dołem, spadającą trochę z góry, mieliśmy jeszcze mnóstwo wody otaczającej nas w atmosferze. Efekty łatwo było przewidzieć: mimo lekkiego, wentylowanego plecaczka, byliśmy cali mokrzy, zwłaszcza ja na plecach. Nauczka na przyszłość: zabierać ze sobą podkoszulek do przebrania.



A tak wygląda oznakowanie tras: słupki na skrzyżowaniach. Problem w tym, że nasze oznaczenia szlaków są o tyle lepsze, że łatwiej się po drodze zorientować jeśli się gdzieś wlezie w złe miejsce; tutaj dopiero brak kolejnego skrzyżowania (i ewentualnie drogi) świadczy o pomyłce, a do tej pory można przejść sporo. To drugi poważny mankament po braku poziomic. W szafie (a raczej w "klozecie") leży spacerowy Garmin, ale ciągle nie mam do niego tutejszych map.


Amerykański las parkowy: jak tylko jakiś kawałek trzeba by wejść w górę, ewentualnie grozi jakieś błoto, to mamy mostek albo schody, wedle uznania. Dom wariatów: człowiek idzie poobcować z naturą, a tu raptem parę mil kwadratowych lasu i na dodatek cały obsadzony pomocami wspinaczkowymi w postaci schodków. Dobrze, że wind nie założyli, albo na wejściu nie dają terenowych wózków elektrycznych...


Hmm... to którędy była ta droga?

Na pozostałe jeszcze wrócimy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz