sobota, 11 lipca 2015

Weekendowo

Jak wyczytałam dziś na obrazku wrzuconym przez kogoś na FB praca ma trzy zalety: piątek, wypłatę i wakacje. No więc piątek za nami. Sobota też.
Po ostatnim wyjściu na Turkey Run chcieliśmy wybrać się gdzieś znowu, ale nie ma pewności, czy się uda. Póki co mój kręgosłup nie ma się za dobrze i drętwieją mi nogi. Dziś wystarczyło wyjście na zakupy, żebym miała dość. Zobaczymy jutro.

Joshua próbował załatwić wolne na jeden z kolejnych piątków. Dowiedział się, że... wolnego w lipcu i sierpniu dostać nie może. Ciekawe jak się to ma do wolnych dni - pewnie co najmniej dwóch w miesiącu, które koniecznie ktoś próbuje mu wcisnąć?

Wolny piątek przydałby się dwa razy: na zwiedzanie New Yorku, które stale przekładamy i na odwiedziny kolegi: Otóż gdzieś w Wisconsin siedzi teraz przez dwa miesiące MedTechie. Ostatnio widzieliśmy się... Chyba dwa lata temu, kiedy wracaliśmy z wakacji. A poza tym nie cierpimy tu na nadmiar znajomych, z którymi można by przegadać całą noc. Dlatego postanowiliśmy się spotkać.

Chwilę temu nasze telefony zaczęły przeraźliwie wyć. Wyświetlił się taki oto komunikat:


No dobra. popadało chwilę. Momentami intensywnie. Na łące pod blokiem będzie pewnie w tych najniższych miejscach jakieś 5 cm wody. Ale żeby zaraz siać taka panikę? Przecież jest prawie 2 w nocy! Taki alarm może człowieka o zawał serca przyprawić!

Z innych rzeczy: próbuję nauczyć się pić kawę. To znaczy jeszcze nie podjęłam prób, ale mam postanowienie, ze zacznę. 
Problem jest w tym, że sam zapach kawy mnie odrzuca. Kofeina jakoś szczególnie mnie nie pobudza (pamiętacie tą wysoko kofeinizowaną herbatę? Niedługo po jej wypiciu spokojnie poszłam spać.) Z resztą tak naprawdę pobudzające działanie kofeiny to mit. 
Bardzo ładnie obrazuje to ten filmik: 




W skrócie i  po polsku: kofeina nie poprawia pracy naszego mózgu. Po prostu blokuje zahamowanie jego czynności. Przez krótki czas (nie po wypiciu, ale w skali życia pijacza kawy) daje lekkiego kopa, ale po pewnym czasie mózg przyzwyczaja się i po kawie działa jak na poziomie takim jak wcześniej działał bez niej. Co gorsze jeśli człowiek nie przyjmie swojej porcji kofeiny pojawia się u niego ból głowy. 
Po co więc chcę pić to świństwo? No cóż... Pewne badania wskazują (o czym również filmik wspomina), że kofeina zmniejsza prawdopodobieństwo rozwoju choroby Alzheimera i Parkinsona. No dobra. To jest już warte poświęcenia. 
A wspominam o tym akurat teraz, gdyż przygotowując się na przyjazd rodziców kupiliśmy malutki ekspres do kawy. Piszę, "na przyjazd rodziców" dlatego że próbowałam namówić Przemka na takie coś od kiedy tu przyjechał. Otóż w USA są podobno dostępne doskonałe gatunki kawy i jest to w porównaniu z Polską raj dla kawoszy. Nie ma za to prawie wcale kawy rozpuszczalnej. I tak oto po kilku miesiącach namawiania, kiedy pogodziłam się z faktem, że nie uda mi się zrobić mu fajnego prezentu i mój mąż będzie pił "byle co" wczoraj Joshua sam wspomniał o ekspresie. A że akurat Kohl's przysłał mi rabat 30%... To już sami wiecie jak poszło. 
No dobra. Jutro trzeba nabyć mleko sojowe, żeby moja pierwsza kawa była znośna. 

Kolejne moje postanowienie to przejście na dietę wegetariańską. Tak w całości. Tym razem już nie z konieczności alergicznej, ale ze względów ideologicznych. (Nie wiem tylko jak wytrzymam bez ryb). 
No bo na dobrą sprawę żal mi zwierzaków. Ostatnio trafiłam na ciekawy film demonstrujący jak inteligentne są krowy. I tak sobie pomyślałam "No dobra, miesa ssaków nie jadam od kiedy wyprowadziłam się z domu na studia. Ptaków - z drobnymi wyjątkami, kiedy nie było nic bezmięsnego - od kilku lat. Niby zostały tylko ryby, ale dżem z żelatyną nie różni się w zasadzie od mięsa". (Mojego męża strasznie to zdanie ubawiło).
Podobno w Polsce ciężko jest być wegetarianinem... No to ja narzekaczy zapraszam do Indiany. Może w bardziej miejskich rejonach USA jest łatwiej, ale tu jest tragicznie. Nie dość, że większość dań jest dla mnie całkiem obca, to jeszcze przeważnie nie do końca wiadomo na czym przyrządzone są sosy, czy smażone jakieś dodatkowe składniki. No i prawie wszystko zawiera bekon. 
W labie już przywykli ale wciąż sobie ze mnie pokpiwają (najbardziej Bartek), a jak kiedyś na postdocowym obiedzie powiedziałam, że kiedy nie rozpoznałam bekonu jedząc "turkey club sandwich", facet naprzeciwko omal się z żalu nie rozpłakał. 
Podobno na wydziale weterynarii miało być w stołówce więcej dań dla mnie, ale to jakoś nie jest to prawdą. W kuchni "wegetariańskiej" są dwie pozycje: Black bean wrap - która wypchana jest fasolą i ryżem i jak dla mnie zbyt wyładowana węglowodanami i druga, która nazywa się "oasis -no chicken wrap. Czyli po prostu jest zubożoną o kurczaka wersją czegoś innego. 
Jak się łatwo domyślić kiedy podchodzę do lady pada już tylko pytanie czy to co zwykle ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz