piątek, 3 lipca 2015

GMO na talerzu, kreatywny chaos w pracy



Na początek nasze obiadowe GMO. Fioletowy kalafior. Analizy nie robiłam, ale po odcieniu wody po ugotowaniu zakładam, że wprowadzono do niego antocyjany: te same barwniki które występują w borówkach, czy bławatku i tak fajnie działają na krążenie krwi w obrębie gałki ocznej. I chyba na coś jeszcze, nie pamiętam. ;)

To bladozielone to brocoflouer - krzyżówka brokuła i kalafiora. Ciekawe w smaku ale nie powala. Pozostanę przy oryginałach. A kolorowe to już jakiś miks pomidorów z czymś jeszcze, nie pamiętam.  



Przy okazji z wczorajszych zakupów w Mejiersie:



Nie mam obsesji zdrowego jedzenia. Naprawdę nie mam. Uwielbiam lody (nawet tutejsze przesłodzone), kupuję krakersy i masę innych dziwnych rzeczy. W labie podjadam coś, co jest mieszaniną plastiku, słodzika i truskawkowego aromatu... Jednak na widok tej chłodni poczułam się trochę nieswojo. Ilość tłuszczu, polepszaczy, a prawdopodobnie również kalorii, które niemalże widać w tym jedzeniu spowodowały, że w ogóle przestałam być głodna. A przecież poszliśmy po coś na obiad. 
Najzabawniejsze, że tu większość ludzi reaguje dokładnie odwrotnie. Joshua również potrafi docenić wątpliwą wartość odżywczą i ogromną kaloryczną owych potraw. Ale że mieliśmy próbować nowych rzeczy, to i nawet dobrze. Czasem musi biedak od warzyw odpocząć. 
A ja aby być całkiem fair, muszę przyznać, że na stoisku były również sałatki, którymi i ja nie pogrdziłam. Choć na obiad wolałam kwaśny ryż z surową rybą.


Chaos na biurku ponoć sprzyja kreatywności. Mam nadzieję, że to prawda. To fotka z dziś. Niby było wolne, ale wciąż uzyskuję fałszywy wynik pozytywny w moich testach i zawzięłam się, żeby to szybko rozwiązać. 

Kuzyn (też doktor) zauważył właśnie, że na fotce brakuje kubka z kawą... No cóż. Byłoby bardzo filmowo, ale w tym otoczeniu jednak mocno nieracjonalnie. 






3 komentarze: