piątek, 24 lipca 2015

Rozkosze nocnego podglądacza

Przerwa na lunch, 2:30 w nocy. Siedzimy sobie z psem i (na zmianę) kotem w salonie, ja przy sałatce i kompie, Korlat zazwyczaj śpi, a Maybe jak widać roznosi energia, którą zbiera cały dzień śpiąc w swojej łazience.


Generalnie z kotem było tak: wstępnie rozważyliśmy jakieś towarzystwo dla Korlat stwierdzając iż dopiero jak nam pies wyzdrowieje będziemy myśleć. Niby nie jest jeszcze zdrowa, ale czuje się lepiej i wygląda że zmierzamy do dobrego, więc... Nadal temat kota przewijał się niezobowiązująco, w kontekście poprawienia psiego samopoczucia - kiedy zostaje sama, albo w czasie burzy i ogólnie dla dostarczenia jej większej ilości bodźców kiedy jest w domu. Inne psy nie wchodzą w grę, Korlat nie czuje się w takiej sytuacji dobrze. Bezpośrednio kota spowodowałem ja, w zasadzie niechcący: wróciwszy z robót zażartowałem sobie, że to tania impreza - wielki wór kociego żarcia to góra kilkanaście dolców, koci żwirek dosłownie kilka. No i się zaczęło: najpierw po tą z azylu, która w międzyczasie (dosłownie tydzień przed naszą wizytą) poszła do nowego domu, potem rozglądanie się pod kilkoma warunkami - w tym zasadniczym, że nie będzie się gryzł z psem, nie będzie bardzo aktywny. No i się jedna znalazła, kilka dni wcześniej oddana; ledwie udało mi się przed wyjazdem po nią wymusić, żeby chociaż fotę zobaczyć...


Na wcześniejszym wyjeździe po kota, na miejscu, mieliśmy rzadką okazję widzieć wypadek - ot, przy remontowanym odcinku drogi, na skrzyżowaniu, ktoś był przekonany że może jechać. Wysiedli, gadali, coś tam stłuczone czy rozbite. Biorąc pod uwagę, że póki co mieliśmy jedną próbę wymuszenia pierwszeństwa na nas, i jeden przypadek wybitnego chamstwa, to nieźle jak na pół roku. Ciekawe, jak nam pójdzie po przyjeździe na urlop do kraju, albo po powrocie. Trzeba się będzie znów przestawić na parkowanie w ciasnych miejscach i agresywną jazdę. Za to do nieco większych prędkości chyba zatęsknię, tu można umrzeć z nudów (ale jeździć znacznie szybciej, niż prawie wszyscy na drodze, jak to miało miejsce na polskich autostradach, się nie odważę).


A to widoczek z transportu, dostaliśmy bowiem kota w pudełku (bez akcesoriów, więc nie był Schrodingera). Po sprawdzeniu, czy aby na pewno ten sam, przywieźliśmy do domu. Tak wygląda środek pudełka po kocich próbach uzyskania wolności.
Ciekawe, że cholera jedna niemal błyskawicznie przystosowała się do życia w naszym domu. Pierwszej czy drugiej nocy zaczęła po nas łazić i - podobno - okazywać kocie uczucia (wolałbym w dzień), w tej chwili nie ma jeszcze tygodnia, a one z Korlat się obwąchują i Maybe przestała stosować strategiczny odwrót jak tylko się pojawia pies na horyzoncie. Bywa, że leżą prawie obok siebie, zwłaszcza jak obie mają plan towarzyszenia nam w łazience.
Z ciekawostek: Maybe jest miłośniczką cieknącej wody. Kilka razy dziennie myje pod nią łeb i łapy, jak tylko ma odkręconą. Wody z miski prawie nie pije, za to namiętnie żłopie chlorowaną z kranu.



A tu wąż: spotkaliśmy na spacerze, fotka wyszła dopiero jak się zatrzymał pod kołem skutera na parkingu. Kupiłbym sobie jakiś, choćby na jakieś podjechanie do sklepu, ale jednoślady są tu absurdalnie drogie (albo raczej samochody absurdalnie tanie). Korków nie ma, benzyna tania - właśnie spadły ceny, które zaczynały miejscami przekraczać $2,80, teraz do $2,50 albo i taniej - w zasadzie motocykl kupię sobie chyba tylko do zabawy, jak już nie będzie na co wydawać pieniędzy.
Na razie kupiliśmy (w końcu) telewizor. Nie żeby był artykułem pierwszej potrzeby, ale w zasadzie codziennie do/ po obiedzie oglądamy sobie jakiś odcinek serialu (sf nam się w zasadzie pokończyły, szukamy co jeszcze, w desperacji zaczęliśmy jakiś czas temu oglądać Star Treka), więc tak będzie wygodniej niż z lapka. Rozmiar - w zasadzie najmniejszy rozsądny amerykański, 49". Chciałem ciut większy, Ewa wolała mniejszy, jak w końcu dostałem kartę rabatową w Walmarcie (pracownicy mają 10% zniżki na wszystko, za wyjątkiem żywności) i zdecydowaliśmy się na zakup - trafił się okazyjnie kilkumiesięczny z ogłoszenia od ludzi wyprowadzających się na Florydę, praktycznie za pół ceny. Testujemy na razie za friko Netflixa, bo Philips niby jest smart, ale nie potrafi obsługiwać Amazona, na którego mamy jeszcze pół roku abonament.

Z nocnego (nie tylko) podglądania: widzieliście kiedyś kawę w torebkach? Ja już tak.


W ogóle jest tu raj dla kawiarza. Wprawdzie rozpuszczalnych jest sporo mniej, niż u nas, ale za to bogactwo mielonej i ziarnistej do ekspresów powala. No, ale same urządzenia są znacznie tańsze, niż u nas. Jednak wydanie ca. 4% minimalnej pensji, a wydanie 30% robi różnicę. Tak czy inaczej na razie mam w szafce 2 torebki, ale z mocnym postanowieniem może nie dorównania kolekcją herbatom Ewy, ale przynajmniej próbowaniem kolejnych. Miałem plan popróbowania różnych z oryginalnych wkładek do ekspresu, ale to jednak droga impreza - nawet autochtoni szukają metod na jej potanienie - ale nie da się kupić zestawów różnych smaków. Pozostaje wybieranie paczek z półek z opisów i ewentualne liczenie na promocje. Tych ostatnich nie brakuje, więc szanse są.

Specjalnie dla miłośnika "krasnali ogrodowych", których nazwy lokalnej zapomniałem - może Ewa podpowie - nowość z wystawki. (edit: nie podpowie, też zapomniała).


I jeszcze torcik, bez podtekstów.


W każdym razie bez takich, za które należałoby przepraszać. Swoją drogą fajna afera: autochton chciał sobie zamówić tort z flagą południa, ale mu Walmart (mają swoje cukiernie w sklepach, podobnie jak piekarnie, robią też na miejscu pizzę i pieką kuraki) odmówił. Postanowił sobie z nich zakpić, i zamówił tort z flagą Państwa Islamskiego; ten ostatni został bez zastrzeżeń wykonany... za co firma przepraszała, tłumacząc że nie powinno to mieć miejsca.
Ciekawostek z resztą bywa więcej. Nie dalej jak kilka dni temu oglądaliśmy wszyscy (z nocnej zmiany) próby dostania się do samochodu w wykonaniu tęgiego ciemnoskórego jegomościa, tuż pod szklanymi oczyma parkingowych kamer. Wyglądało jakby zatrzasnął sobie w "swojej starej szewrolecie" kluczyki; wyszedł z zakupów z paczką drucianych wieszaków i zaczął kolejno je prostować i szukać dojścia do klamki... Nie wiem, ile finalnie mu to zajęło, ale był cały spocony z wysiłku już po pierwszych minutach. Zastanawiałem się nawet, czy nie zadzwonić pod 911, ale uznałem że skoro wszyscy raczej z rozbawieniem i zainteresowaniem mu się przyglądają, a cała scenka rozgrywa się na wprost kamer, do których facet skierowany jest twarzą, to chyba nie dzieje się nic złego. Chociaż pewnie policja załatwiłaby sprawę szybciej - jak opowiadała kiedyś Ewa, koledze Bartka oficer "uwolnił" rower, kiedy ten zapomniał kodu do zapięcia. Metrowe nożyce miał w bagażniku, na wyposażeniu...

I na koniec dla tych, którzy trzymali kciuki: w ubiegłą sobotę rano, zmęczony po zmianie, podpisałęm (znaczy wklepałem SSN w klawiaturę) kontrakt na zmianę stanowiska. Z poziomu 2 na poziom 4, ze śmieszną kwotą podwyżki - bo więcej stracę na braku nocnej taryfy, ale to i tak są kwoty liczone w centach - znaczy, AWANSOWAŁEM. Za kolejne 2 tygodnie zaczynam pracę na dziennej zmianie. Znaczy, zobaczymy jak to będzie.

1 komentarz: