Jest tak: pierwszego dnia dostała dwie puszeczki kociego rozmiaru, drugiego takie same dwie plus trochę kurczaka rozrobionego felernym (bo z cebulą, nie dla psa, o czym nie wiedziałem) rosołem z pudełka (a sądziłem, że będzie dla niej smaczny), potem pół puszki z mięsa kangura (niby drogie, ale jak przemielić, to wychodzi strasznie wodniste), i finalnie własnej roboty pasztecik z pieczonej wołowiny. Zaczęła się znacznie lepiej zachowywać, była normalniejsza i ożywiona, nie tak słaba.
Kolejnego dnia idzie już cały czas karmienie strzykawką, chociaż próbujemy podawać cokolwiek, żeby chciała zjeść. Właśnie przed chwilą była Jennie z pomocą w napisaniu papierów dla Ewy do wysłania aplikacji do kolejnej pracy, przyniosła przy okazji psie smaczki z suszonego mięsa; nie, sama nic nie weźmie cholera do pyska. Sprawdziliśmy też dziś łapę u weterynarza, bo cały czas kuleje; poszły leki przeciwbólowe (oficjalnie) i przeciwzapalne (nieoficjalnie), więc powinno być lepiej.
Musi, bo właśnie kupiliśmy wczoraj bilety do domu, przez... Oslo. Jakieś cztery razy taniej, niż z Chicago, i 2,5x niż najtańsza oferta Lotu do kraju. Tylko trochę zwiedzania przy okazji nam się pojawi. Na początek - jazda do Nowego Jorku, bo stamtąd lecimy.
Życzcie psu zdrowia, bo jej potrzebne.
ps. Święta idą. Ktoś reflektuje na ozdoby choinkowe?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz