Po pierwsze bez możliwości prowadzenia samochodu czuję się jak ubezwłasnowolniona.
Po drugie nie zdążyłam się spakować i zabrać wszystkich rzeczy, ale załatwiłam zwrot kasy za Tennessee. I tu ubaw - włącznie z opłatą za Korlat. Wszystko poszło w ramach wyjaśnień: Mój dodatkowy nocleg, nocleg Jennie, przejazdy, moja dodatkowa dieta... I opłata za Psa. Bo skoro musiał jechać to musiał i już.
W ramach ostatniego dnia oficjalnej pracy poszliśmy na wspólny lunch, później na koniec dobrej współpracy uczyłam już-nie-moją zdolną doktorantkę hodowli komórkowych. Chyba jakaś zaćmiona na lekach byłam że mi się chciało...
Później poszłam dowiadywać się o podatki: jest niefajnie, bo nie ma możliwości, żeby rozliczyć się wcześniej, a jeśli system komputerowy się nie myli, to należy mi się nawet fajny zwrot. No cóż, poczeka do marca. Za to odnośnie ubezpieczenia zdrowotnego wiadomość była dobra: Mogę opłacić sobie dodatkowy miesiąc, który będzie kontynuacją poprzedniego. Oznacza to tyle, że neurologa będę miała za friko.
Do tej pory zapłaciłam jakieś 730$ za alergologa po letnich atakach astmy, za oddział ratunkowy spodziewam się dużego rachunku, więc dobiję do maksymalnej stawki rocznej... A dalej koszty pokrywa już ubezpieczyciel.
Joshua robi dobre interesy na sprzedaży naszych mebli. Aż za dobre. Zależało mi, żeby zacząć wystawiać graty raczej wcześniej niż później, żeby w ostatniej chwili ich za piątkę nie oddawać. Jak się mój mąż zabrał za sprzedawanie, to część sprzedał drożej, niż kupiliśmy. Tyle, że zostaliśmy bez stołu jadalnianego i małego biurka, a co chwilę ktoś pyta o duże. Jak pójdzie, to nie będzie gdzie laptopa postawić.
Ale dobrze, niech sprzedaje, czym więcej kasy odzyskamy tym lepiej dla nas. Może starczy choć na jeden bilet lotniczy.
We wtorek był kolejny labowy lunch, tym razem w większej grupie. W sumie, to żal mi, że już koniec.
Były chwile złości, frustracji, czy autentycznego wpienienia na Paula. Był moment, kiedy Kathy spytała, czy zostałabym dłużej, a ja odpowiedziałam "nie!", a ona "nie dziwie się".
Gdyby teraz zadała to pytanie... Pewnie zostałabym na jakiś czas, do znalezienia czegoś bliższego moim zainteresowaniom. Nauczyłam się mnóstwa rzeczy, wiele z nich może mi się bardzo przydać... Ale to chyba nie jest miejsce na zawsze.
Choć przychodzą mi do głowy inne miejsca o wiele bardziej nie na... nigdy.
Chris przysłał maila z opisem doświadczeń. I drugiego maila do mnie, z informacją o potencjalnym miejscu, gdzie może warto byłoby spytać o pracę. No nie wiem... Jednak mgr mam z farmacji a doktorat z biofizyki - z naciskiem na bio. To generuje pewne nieznaczne wątpliwości czy praca na pograniczu chemii i fizyki jest dla mnie. Z drugiej strony chyba nigdy nie miałam projektu, do którego naprawdę byłabym przygotowana, więc czemu nie? Może faktycznie trzeba spróbować w życiu wszystkiego i łapie się w to mechanika kwantowa?
Póki co oficjalnie nie pracuję. Oznacza to, że wciąż przygotowuję papiery, poprawiam protokoły i spisuję doświadczenia, które uważam, że trzeba wykonać. No i szukam nowej pracy.
Na szczęście przywykłam do nowych leków, początkowo byłam po nich nieprzytomna, teraz jestem w stanie się skupić. Ciekawym efektem ubocznym jest brak złości, kiedy czytam wiadomości z kraju. Dawniej były dla mnie w większości przygnębiające, teraz są ciekawe, niekiedy wręcz fascynujące. "Co musi w mózgu tej czy tamtej osoby tak bardzo nie działać, że owa osoba robi/mówi coś takiego?"
Za to kończą się moje złośliwości. Przyszło ochłodzenie. Dziś jeszcze chodziłam w letniej sukience i klapkach...
Nawet selfie strzeliłam jako dowód...
Ale później zrobiło się tak:
I nie, nie dlatego że przyszedł wieczór. Ogłosili alarm pogodowy, a wieczorem było już w okolicach 5C. I raczej w ciągu najbliższego tygodnia japonek nie założę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz