Nieco ponad tydzień temu Korlat przestała jeść, z dnia na dzień, bez żadnego widocznego powodu. Na drugi dzień po tym próbowaliśmy jeszcze przekonać ją pieczonym kurczakiem; zadziałało jak to w jej przypadku jest - raz, kolejna poranna porcja była już tylko spróbowana. I nic, nie je. Wiedząc, że wszystko jest atrakcyjne tylko raz, góra dwa - zmieniamy menu, ale promocyjna krówka po $2.99/lb już nie wchodzi, mimo zrobienia w piekarniku. Nie zjada chleba, odwraca się od masła orzechowego.
Zaraz po niedzieli jedziemy do Chicago, do polskiego weterynarza, bo tutejsi nic nie zrobią poza naciągnięciem nas na serię kosztownych i bezsensownych badań, nie słuchając zupełnie co się do nich mówi. Mamy podejrzenie: choroba Addisona, to samo pojawiło się w ubiegłym roku przed samymi świętami. Ale sprawdzenie krwi i badanie nic nie dało, pies wydaje się zdrowy. Po dwóch dniach było jeszcze gorzej, decydujemy jechać jeszcze raz na zastrzyk sterydów. Jeszcze dzień przed kolejnym wyjazdem, kiedy mamy podejrzenie - mimo że cały czas piła - dostała podskórnie płyn. Krótkotrwała poprawa utwierdziła nas w przekonaniu, że mamy rację. Niestety, żaden tutejszy wet nie posłucha właściciela psa, żaden nie zrobi nic na podstawie takich danych, jakie my możemy im dać. Szybciej, paradoksalnie taniej, a przede wszystkim mimo męczącej jazdy lepiej dla psa jest jechać ponownie do dra Koca. Spędziliśmy w samochodzie ponad 8 godzin, stojąc w korkach na obwodnicy Chicago, na dzień przed Dniem Dziękczynienia. Wszyscy życzą nam udanego świętowania, a my patrzymy jak Korlat zaczyna mieć trudności ze wstawaniem... Jeszcze w nocy, w tłumie klientów Walmartu korzystających z okazji Black Friday, szukałem glukozy dla diabetyków (była tylko smakowa, w końcu wziąłem pomarańczową), żeby wspomóc psi organizm w nierównej walce.
Następnego dnia nic się nie poprawia, więc w piątek rano niemal spacyfikowaliśmy weta w West Lafayette, żeby dostała kolejną dawkę sterydu, penicylinę i lek przeciwwymiotny, bo mieliśmy wrażenie, że coś w tym kierunku jej szkodzi. Niestety mimo że był czas, wetka odmówiła nam podania Korlat dożylnie płynu z glukozą. Po powrocie dajemy jeszcze raz pół litra soli fizjologicznej podskórnie, strzykawką dostawała do pyska syrop (czyli w zasadzie czystą glukozę). Do końca dnia poprawa jest niewielka, oszukana ciekawostką i tuż przed wyjściem na spacer, zjadła trzy parówki, wcześniej kilka ciasteczek i niecałą kromkę chleba z masłem orzechowym. Ale to więcej, niż poprzednie dwa dni razem wzięte.
Na dziś bilans mamy mniej więcej podobny, niecała kanapka, kilka psich ciasteczek, kilka parówek - bo nie chce zjeść nic innego, nawet aromatycznego pieczonego kurczaka. Za to jest znacznie bardziej ożywiona, zaczęła biegać, dziś nawet dostała trochę suszonego mięsa jak pobiegała kilka kroków za piłką. Ciągle jeszcze pije o wiele za dużo, wyraźnie nerki jeszcze przepompowują nadmiar sodu. Ale jest lepiej, wygląda że udało się Ewie we właściwym momencie zareagować na pogarszający się stan zdrowia psiska. A wszystko przez zimne stopy. Niech szlag trafi system kształcenia tutejszych wetów, którym mówi się, że właściciel psa nic nie wie, żeby go nie słuchać i skupić się na wynikach badań. Kolejny raz okazuje się, że wyniki to za mało.
A zjedzona przeze mnie miska to była paczuszka gulaszu z bizona, upieczonego w ramach zachęty dla Korlat. Mimo powtarzanych prób zachęcenia jej do nowego dla niej mięsa (które powinno być ciekawe), nie zechciała nawet polizać. Szkoda było wyrzucić, bizonik pyszny jest...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz