niedziela, 13 listopada 2016

Powrót z Tennessee

W nocy obudziło mnie Korlackie liz przez twarz, kiedy wparowała do pokoju w motelu.
Rano wstaliśmy nawet dość wcześnie - około 6:30. Poszliśmy na śniadanie, które ciężko było mi jeść z powodu bólu języka. Dopiero później zrozumiałam, że go sobie dość mocno przygryzłam. Czułam się wciąż strasznie słabo - zawroty głowy i senność nie odpuściły.
Po śniadaniu pojechaliśmy po Jeepa. Chrisa jeszcze nie było, więc wysłałam mu maila z podziękowaniem.
Zwrot samochodu poszedł nie najgorzej. Trzeba było tylko go zatankować - do tego mieliśmy kartę uczelnianą. Sprawdziliśmy czy nic nie zostało... Niestety nie sprawdziliśmy w odtwarzaczu CD - później zorientowałam się, że zapomniałam o płytce. Kiedy jednak Jennie chciała zapłacić swoją kartą jakąś część opłaty, okazało się, że nie jest w stanie. Dopiero później zrozumieliśmy, że poprzedniego wieczoru płaciła w Indianie, więc poranna próba użycia karty w Tennessee wydała się bankowi podejrzana. Z jakiegoś jednak powodu Enterprise miało numer mojej nowej karty kredytowej i ten właśnie został użyty. (Mimo, że ani mojej karty ani mnie nikt w biurze nie widział). Żeby nie było: Ja o pobraniu $35 z mojej karty też dowiedziałam się po fakcie.
Później w samochód i do domu. Przyznaję, więszkość trasy przespałam. To chyba efeket leków przeciwpadaczkowych, bo w ogóle najchętniej bym spała. Niestety ich nagłe odstawienie nie wydaje się rozsądnym pomysłem.



Na południu jest jeszcze ciepło, u nas nastąpiła zmiana: w ciągu tygodnia z krótkich spodenek przeskoczyliśmy w kurtki, w nocy temperatura spada poniżej zera.

6,5h na przejazd to totalna ściema. Do domu wróciliśmy po 22. W trakcie podróży GPS znalazł uzasadnienie dla takiego stanu rzeczy:




W piątek do pracy zabrała mnie Jennie. Dotarłam około 11, bo nie mogłam zmusić się, by wstać przed 9.
Czekało na mnie 12 maili: z transportation - pytanie co jest z samochodem, bo miał być, a nie ma - no tak, nie przyszło mi do głowy do nich napisać, z administracji - informacja, że w poprawionym druku nie napisałam do jakiego miasta jadę, od Chrisa - czy wszystko ok i sporo śmieci.

Teraz mam weekend bez pracy. Aż dziwnie. Poszłabym choć zerknąć na komórki, (w środę Kathy się nimi zajęła, ale pasuje na nie zerknąć), albo przeanalizować w końcu wyniki sprzed tygodnia. Ale z zakazem prowadzenia samochodu jestem jak ubezwłasnowolniona. A Joshua i Jennie każą mi odpoczywać. No to odpoczywam.*

Najzabawniejsza była próba dostania się do lekarza: Kiedy zadzwoniłam w czwartek, recepcjonistka zaproponowała mi termin na 15 grudnia. Bardzo śmieszne. Zadzwoniłam kolejnego dnia, tym razem odebrał ktoś rozgarnięty. Kiedy podałam powód wizyty, miejsce znalazło się tego samego dnia. Później przyszła kolej na neurologa. Tu na wstępie również padł termin grudniowy. Grzecznie podziękowałam, że wtedy to juz mnie w USA nie będzie. Zaproponowali wcześniejszy, tyle, że w miejscowości pod Indy. Zawsze to coś. 10 dni jakoś wytrzymam, a później chcieliśmy jeszcze wybrać się na południe. Z jednym kierowcą to tak trochę ciężko by było. Mam nadzieję, że neurolog da się przekonać, że to  tylko jednorazowy wybryk mojego mózgu był i pozwoli mi prowadzić samochód.



*Nie wytrzymałam, wyciągnęłam Joshuę do labu. Nakarmiłam komórki, usiadłam nad wynikami z CyTOFa...  Wyniki do bani, doświadczenie trzeba powtórzyć, ale przynajmniej wiem, że mój mózg działa (a miałam wątpliwości, bo myślenie idzie mi strasznie opornie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz