czwartek, 17 listopada 2016

Przeczytaj "książkę"!

Trochę przed ostatnim dniem: Tennessee. Jazda "do" nie była tak przerażająca, jak powrót. We środę wieczór byłem w gruncie rzeczy zmęczony, bo pracę zaczynałem o 5 a dzień o 3, a zanim się pozbieraliśmy - była prawie noc. Znaczy - ciemno. Gdyby nie sugestia Ewy by zostawienić Korlat, pewnie pomyślałbym od razu, żeby zabrać psa, i jechać; byłoby kilka godzin wcześniej. Wprawdzie mielibyśmy problem z odstawieniem samochodu do wypożyczalni, ale byłoby nas mniej i wziąłbym nasze auto. Jakoś nie lubię polegać na innych, dziwny nawyk. Ostatecznie pojechalimy z Jennie jej samochodem i z Korlatą. Tymczasem w Tennessee trzeba było zacząć od odstawienia Patriota wziętego przez Ewę na wyjazd do wyyczalni, więc musiałem pojechać Hondą Jennie. Ta ostatnia zapewniała, że samochód jest całkowicie sprawny i po przeglądzie u mechanika - tylko dlatego zgodziłem się jechać tych kilkaset mil z nią. Niestety, do sprawności to 18-to letniemu Accordowi daleko, poczynając od luzów w układzie kierowniczym, poprzez wyrobione zawieszenie, kończąc na oświetlającej nam deskę rozdzielczą ca. 1/4 drogi powrotnej kontrolce hamulców. Te ostatnie niby sprawdzone, okazały się finalnie sprawne tylko trochę i tuż przed tym, jak chciałem za Indianapolis znaleźć spokojną stację na sprawdzenie - przyprawiły mnie o ostre zgrzytanie zębami, kiedy za późno i za słabo hamowałem przed łukiem wjazdu na highway'a. Niby wystarczyło uzupełnienie płynu, ale gumowe były dalej, znaczy zapowietrzone i nie do końca sprawne. Jennie na prawdę powinna kupić nowszy samochód... Tłumaczenie, że auto ma duży przebieg (160 tys mil) jakoś mnie nie przekonało, nasz Mini ma blisko 175 obecnie, a jest w stanie o niebo lepszym.

W drodze powrotnej - ponoć sporadyczny widok (wiem, fota fatalna, ale tylko taką dało się zrobić na szybko z pędzącej po autostradzie Hondy):


CH-47 Chinook, czyli jeden z większych śmigłowców. Tak sobie leciał nad nami.

Więcej niespodzianek nie było: wróciliśmy do domu. W sobotę wykorzystałem jeszcze okazję do popracowania jeden dzień więcej, bo w końcu kasa piechotą nie chodzi nawet w kraju dolara i milionera jako prezydenta, po czym w poniedziałek pożegnałem się z tą robotą. Dostałem nawet ciastko:


Przy ciasteczku moja - była - szefowa, którą zapamiętam sprzątającą paletę z rozgniecionymi arbuzami. Szefowa sklepu, pensja z tego co powiedział pracujacy ze mną swego czasu na nocnej zmianie Pavel do ćwierć miliona rocznie (z bonusem za sprzedaż sklepu). Takiego podejścia do pracy powinni się czasami uczyć ludzie na wysokich stanowiskach w naszym kraju, takie jest moje zdanie. Nie zawsze - oni tu się przepracowują, nie zwracają uwagi na swoje zdrowie, pracują generalnie za długo - ci, którzy nie mieli szczęścia z zainwestowaniem w emeryturę, ale nie pomyśleli o tym za młodszych lat. Ale zrozumienia, że żadna praca nie hańbi, że zaczynając za dzieciaka od roznoszenia gazet nie robi się sobie krzywdy.

Coś przedostatniego dnia w drodze do domu, jadąc Miniakiem Ewy z naklejoną "rakietką" z napisem science na klapie, zostałem pouczony. A było otóż tak: ponieważ wszystkie w zasadzie samochody jeżdżą ze zbliżoną prędkością, kilka razy mijałem się z Hondą Pilot, która finalnie znalazła się obok mnie na ostatnim skrzyżowaniu przed osiedlem. Kątem oka odnotowałem, że kierowca coś do mnie gestykuluje, więc otwieram okno. A ten z wielką emfazą zaczyna do mnie "przeczytaj książkę!"; ale o zzzo chozzzii..? Myślę i słucham: naukowcy się mylą, nie potrafią udowodnić ewolucji, jakiś bóg stworzył świat w sześć dni, i znów "przeczytaj książkę!". Ok, w końcu łapię całokształt: ten biedny, słabo wykształcony człowiek po prostu opowiada mi, że jedyną znaną i uznawaną pozycją w jego katalogu lektur jest ta fantastyka sprzed paru tysięcy lat, wielokrotnie na przestrzeni wieków manipulowana i niecnie wykorzystywana do rządów nad światem... Postarałem się być grzeczny: uśmiechnięty odpowiedziałem, że ja mam wiele książek, ale za propozycję dziękuję.

Z innych radosnych informacji motoryzacyjnych, widoki z parkingów i drogi:



A, tak - kolejna rzecz, której będzie nam brakowało po powrocie na stary kontynent:


Dzisiejsza cena na stacji...

A to jeszcze ciekawostka z półki sklepowej:



CEO czyli dyrektor zarządzający, jakby ktoś nie znał skrótu. Pasuje swoją drogą do "mojego" ulicznego kaznodziei. Co ciekawe, poza wyjatkowymi przypadkami, niektórzy ludzie tu po prostu tak mają: w większości jednak ta wiara nie jest agresywna, za to bardziej przyjazna bliźnim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz