Przyszła jesień. Wieczory i poranki są już chłodne, choć w ciągu dnia jest przyjemnie ciepło. Mimo zagonienia, w niedzielę udało się nam zrobić spacer na Celery Bog. Rano pojechałam do pracy ustawić reakcję, immobilizacji przeciwciał na fazie stałej, po południu poszłam ją wygasić, a później na spacer z piesem. Mieliśmy piękną złotą indiańską jesień.
W poniedziałek walczyłam z toksynami. Na wstępie okazało się, że nasz system próżniowy dostał kopa i prawdopodobnie uszkodziłam płytkę na której prowadzę cały proces. Zaczęła trochę przeciekać, ale nic już nie dałam rady z tym zrobić. Na szczęście wyciek nie był bardzo duży, a fakt, że odzyskałam po wszystkim całkiem sporo beadsów, nastawił mnie co do wyniku pracy dość optymistycznie.
Wieczorem byłam prawie gotowa do wyjazdu. Pozostała papierkowa robota, pozbieranie rzeczy i "już". Trasa według GPSa to 6,5h. Ale wiadomo jak jest: Tu roboty drogowe, tam coś innego, na pewno się przeciągnie. Przemek chciał wziąć wolne, żeby pojechać ze mną. Niestety okazało się, że... nie wolno mi zabrać nikogo z rodziny do służbowego samochodu! No trudno. Przecież to tylko 6,5h.
A dołączenie wyników z LIBSa znacznie podniesie wartość publikacji.
Wyjechałam we wtorek po południu. Miałam dostać flotową uniwersytecką subarówkę, ale się skończyły, więc pracownicy biura transportowego wypożyczyli dla mnie Jeepa Patriota. Uniwerek unika jak może płacenia za przejazdy prywatnymi samochodami, taniej im wychodzi wypożyczenie samochodu z wypożyczalni. Nawet jeśli biorą z wyższej półki. A mnie na dłuższą trasę potraktowali trochę lepiej.
Przez Indianę było nudno, ale do połowy padał deszcz, więc przynajmniej nie było usypiająco, a później ciut się poprawiło: jakieś pagórki, jakieś zakręty. Kentucky jest stosunkowo krótkie na osi północ - południe, więc też poszło bez problemu. Dalej już Tennessee. Dojechałam do Nashville i postanowiłam zrobić sobie przerwę: kolacja, odpoczynek... W głowie ciut mi szumiało bo jednak autostrady są piekielnie głośne, więc te 40 minut przerwy było w sam raz. Później ustawiłam GPS na wybrany motel i pojechałam dalej.
Przez Indianę było nudno, ale do połowy padał deszcz, więc przynajmniej nie było usypiająco, a później ciut się poprawiło: jakieś pagórki, jakieś zakręty. Kentucky jest stosunkowo krótkie na osi północ - południe, więc też poszło bez problemu. Dalej już Tennessee. Dojechałam do Nashville i postanowiłam zrobić sobie przerwę: kolacja, odpoczynek... W głowie ciut mi szumiało bo jednak autostrady są piekielnie głośne, więc te 40 minut przerwy było w sam raz. Później ustawiłam GPS na wybrany motel i pojechałam dalej.
Motel był "el chipero" - zarówno dywany jak i pościel lata świetności miały za sobą. Ale to drobiazg. Ma być czysto i dać się spać, nie przyjechałam na wakacje.
Z jakiegoś powodu ze spaniem nie było najlepiej. Budziłam się chyba kilkanaście razy. Ostatni - 5:30, czyli 6:30 czasu Indiany. Próbowałam dodrzemać, ale nie wyszło. W końcu wstałam, wykąpałam się, wysuszyłam włosy... W moim przypadku jedzenie byle gdzie nie jest dobrym pomysłem, więc schrupałam kilka korzennych herbatników, wypiłam wodę i pojechałam szukać Space Institute of the University of Tennessee. (http://www.utsi.edu)
Dojazd był prosty, znalezienie Chrisa trochę mniej. Miałam wysłać mu maila zanim dojadę, ale nie było zasięgu sieci. W głównym budynku znalazłam jego biuro, ktoś powiedział mi gdzie jest lab, ale wejście do budynku z laboratoriami wymagało karty, której ja nie miałam. W końcu dorwałam jakieś wi-fi dla gości. Ufff...
Zjawił się Chris, wzięliśmy mój samochód i podjechaliśmy pod lab. Chwilę później zabraliśmy się do pracy. Asystował nam doktorant Chrisa, Nepalczyk, którego imienia nie umiem zapisać. Szło tak sobie. Wynik był... no nie da się go uznać za negatywny, ale do publikacji się jeszcze nie nadaje. Metoda ma potencjał, to jest pewne. Próbowaliśmy kilku różnych podejść, ale w jeden dzień nie udało się zarejestrować nic co przetrwałoby walec recenzji.
Tu wrzucam krótki filmik. To błyskające światełko, to plazma tworząca się w powietrzu pod wpływem lasera.
Na żywo ta plazma jest znacznie jaśniejsza i trochę drażniła moje oczy (zwłaszcza, że aby założyć gogle chroniące przed światłem lasera, musiałam zdjąć okulary i założyć kontakty, a te toleruję tak sobie).
Zeszło nam do trzeciej po południu. Trochę martwiła mnie droga powrotna - policzyłam, że na połunie jechałam blisko 11 godzin. Powrót nie zapowiadał się dużo szybszy. Ale cóż. Nauka wymaga poświęceń. Postanowiłam, że najwyżej prześpię się na jakiejś rest area.
Na koniec omówiliśmy z Chrisem zebrane wyniki, dalsze kroki i inne opcje. Warto było jechać taki kawał drogi, żeby zrobić doświadczenie pod okiem speca. Mogłabym jeszcze pogadać, ale trzeba było się zbierać. Wstałam, żeby się pożegnać.
Leżałam na podłodze, ktoś trzymał moją głowę na kolanach, nade mną stało dwóch facetów, których nigdy wcześniej nie widziałam. Jeden pytał, czy miałam kiedyś drgawki.
- Ja?? Niee... Nigdy.
Nawet jakoś badzo dziwne mi się to wszystko nie wydawało. Czułam się jak podczas zbierania wywiadu u lekarza. Przynajmniej jeszcze przez chwilę. Po chwili zrozumiałam, że coś jednak jest nie tak jak powinno. Powoli wstałam, ale nogi miałam jak z waty. Usiadłam na krześle. Ktoś spytał, czy jadłam śniadanie.
Śniadanie? Nie wiem. Właściwie to nie wiem co działo się po obiedzie, który jadłam w Nashville. Nie miałam pojęcia gdzie spędziłam noc! Dopiero ta dziura w pamięci mnie zaniepokoiła. Próbowałam sobie przypomnieć, ale nie mogłam. Owszem, pamiętałam Chrisa i doświadczenia, ale nie miałam pojęcia w jakim motelu spałam ani nawet w jakim mieście. Tak jakby pomiędzy Nashville i Space Institute nic się nie wydarzyło.
Zadzwoniłam chyba najpierw do Paula, z informacją, że nie dam rady od razu wrócić i nie wiem jak będzie z samochodem. Paul kazał się mi nie przejmować, powiedział, że auto mogę oddać i w Tullahomie. Później do Przemka poprosić, żeby po mnie przyjechał i do Jennie, żeby powiedziała Przemkowi gdzie zostawiłam Miniaka, bo jak na złość w Mountaineerze nawala łożysko i niekoniecznie nadawałby się na taki przejazd, a mini zostało na parkingu pod wydziałem transpotrtu Purdue.
Pamięć wciąż nie wracała, ale zaczęło do mnie docierać, że oprócz noclegu i ewentualnego śniadania uciekło mi coś jeszcze. Nogi wciąż miałam trochę miękkie, wciąż kręciło mi się w głowie. Trzech profesorów uzupełniło brakujące w mojej świadomości półtorej minuty (aż tyle?) kiedy to neurony w moim mózgu były zbyt zajęte chaotycznymi wyładowaniami, żeby rejestrować do czego prowadzą te ich wyładowania. Opis tłumaczył wszystko z wyjątkiem tego dlaczego coś takiego przydarzyło się właśnie mnie i właśnie teraz. Utrata kontroli nad własnym ciałem wprawiła mnie w lekkie zakłopotanie, ale i tak znalazłam pozytywne strony tego wszystkiego: mój pęcherz i jelita utrzymały zawartość. A mogło być znacznie gorzej...
Przepakowaliśmy rzeczy z jeepa do ciężarówki Chrisa i pojechaliśmy do Harton Regional Medical Center. Przyjęli mnie od razu. Chrisowi powiedzieli, że potrwa to conajmniej ze dwie godziny, dzięki czemu mógł biedak coś zjeść (lunchu nie było, bo siedzieliśmy nad doświadczeniami). Zaprowadzili mnie do pokoju, po szybkim wypytaniu co się stało i badaniu neurologicznym podali kroplówkę z lekiem przeciwpadaczkowym. Później jeszcze tomografia głowy, badanie krwi, kolejna kroplówka...
Jakoś wtedy przyszedł Chris. Siedział biedny przy mnie, czekając aż wchłonę kroplówkę i mnie wypuszczą.
Zapłaciłam $25 na miejscu. Rachunek za całość przyjdzie pocztą. (Jeśli miałabym zgadywać, to spodziewam się jakieś $4000)
Dostałam zalecenie, by w ciągu jednego- dwóch dni zgłosić się do swojego lekarza po skierowanie do neurologa, receptę na lek przeciwpadaczkowy... i zakaz prowadzenia samochodu do czasu aż neurolog zdecyduje inaczej.
Chris zabrał mnie do Manchesteru - trochę większego niż Tullahoma i położonego na drodze z północy. Pomógł mi wynająć pokój w motelu. I to było na tyle. Jakimś cudem kiedy dowiedziałam się, że jedzie po mnie cały komitet powitalny: Przemek, Jennie i Korlat, wyszłam jeszcze zostawić w recepcji kartę do pokoju dla Przemka i zapłacić za Korlat (fuks, że motel był pet friendly).
A później nareszcie mogłam zrobić to, czego tak bardzo potrzebowałam: zasnąć.
Na pamiątkę zostało mi oznaczenie, które założyli mi na rękę. Najlepiej opisuje mój stan fakt, że rozcięłam to dopiero w recepcji motelu, wcześniej nawet nie zauważyłam, że coś mam na ręce.
Harton Regional Medical Center-ErHarton Regional Medical Center-Er
Na pamiątkę zostało mi oznaczenie, które założyli mi na rękę. Najlepiej opisuje mój stan fakt, że rozcięłam to dopiero w recepcji motelu, wcześniej nawet nie zauważyłam, że coś mam na ręce.
Nie wiem czemu inicjał drugiego imienia zapisali "G", skoro przepisywali z prawa jazdy. Ale to jeszcze wybaczalne. Postarzenie mnie o dwa lata juz nie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz