Korlat nie je. Wciąż.
Wczoraj przekomapłam się przez rachunki i formularze do jej ubezpieczenia. To ubezpieczenie to był jednak dobry pomysł. Opłaciło się już teraz, choć nawet z ubezpieczeniem wydatki były spore (zwłaszcza za to czego ubezpieczenie na początku nie pokryło.) Za ostatnie dni wyszło w sumie ponad $500. Większość powinni nam oddać. Paradoksalnie poza pre-existing condition z zeszłego roku lepiej wychodzimy na ubezpieczeniu psa niż na moim.
Moje, za ten jeden miesiąc kiedy mam płacić sama, kosztuje ponad $500. A i tak do tego mam dopłacić 25% wszystkich rachunków. Drugie 500 z kawałkiem musielibyśmy zapłacić za Przemka. A to wszystko tylko za jeden miesiąc!
Jedyne pocieszenie jest takie, że na decyzję mamy czas do stycznia, więc... możemy zapłacić po fakcie, przekalkulowawszy czy chemy ubezpieczenie czy nie.
Do głowy by mi coś takiego nie przyszło! Gdybym wiedziała wcześniej, nie poszłabym do neurologa i spróbowałabym się wykręcić z płacenia! Niestety teraz wyjdzie na mniej-więcej jedno czy zapłacę ubezpieczenie plus część za neurologa, czy za neurologa bez ubezpieczenia. W tej sytuacji lepiej zapłacić ubezpieczenie plus dodatkowe opłaty. Zwłaszcza, że bez negocjatora z ubezpieczalni mój rachunek mógłby być jeszcze wyższy.
Wczoraj wieczorem z Korlatą znów było gorzej, aż się nad psiskiem rozkleiłam. Dziś rano była jakby lepsza, ale wciąż strasznie słaba. Nie bardzo może być inaczej jeśli nie je. Od rana (czyli 12, kiedy w końcu wstałam) wisiałam na telefonie szukając jakiegoś jeszcze ratunku. Stanęło na tym, że musimy zacząć ją karmić na siłę. Są podobno w sklepach z zaopatrzeniem dla zwierząt puszki z płynnym żarciem o takim właśnie zastosowaniu. Ehe. Może są w Chicago. Objechaliśmy trzy duże sklepy - nie ma. Może w lecznicach. Zadzwoniłam do najbliższej. I tu usłyszałam coś, co sprawiło, że zaczęłam (i przez chwilę nie przestawałam) używać słów nieurodziwych: owszem, możemy kupić takie coś, ale po wizycie z psem u weterynarza! Usłyszałam "Tak, ja wiem, że byliście kilka dni temu i że to ta sama sprawa, ale nie możemy wam dać wyrobu medycznego bez wizyty..."
Przecież to jest JEDZENIE! Nie lek, nie witaminy nawet a jedzenie! Dla psa, który nie je, który ma diagnozę i jest w trakcie leczenia. No myślałam, że szlag mnie na miejscu trafi. W Blair tego akurat preparatu nie mieli, więc kupiliśmy puszki z wysokokalorycznym jedzeniem o podobnym zastosowaniu. Na nasze szczęście żarcie ma postać paszteto-podobnej papki, więc nawet bez rozcieńczania i mielenia da się je podawać strzykawką.
Na razie wmusiliśmy w nią jedną puchę podzieloną na dwa razy. Z wielkim trudem, ale weszła. Dziś musimy podać jeszcze jedną bo puszeczki są w rozmiarze na kota.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz