sobota, 5 listopada 2016

Pomieszanie z poplątaniem

Teraz, kiedy już powoli myślimy o powrocie do Polski, zaczynamy wystawiać rzeczy na sprzedaż, a przy tym szukamy nowej pracy, w mojej obecnej pracy sprawy ruszyły jak lawina: w dużej ilości i niespodziewanie.  
Tydzień miałam poświęcić na spisywanie protokołów i aktualizację listy odczynników. Dodatkowo we wtorek miałam zarezerwowany CyTOF w Indy. 
Planowane było jedno doświadczenie na max 20 próbek, które trzeba przygotować dzień wcześniej. Nie ma sprawy: Beadsy są, toksyna jest... Z nowym systemem płukania robota zajmuje niecałe pięć godzin. Już prawie skończyłam, kiedy Andrea przysyła maila, że jej się jeszcze na wtorek, środę i czwartek się jej miejsce zwolniło w grafiku i mogę coś dosłać jeśli chcę. Jako że planowo miałam mieć tylko to poniedziałkowe doświadczenie a następny wolny termin miał być 22 listopada (a więc dla mnie byłoby to ostatnie podejście), stwierdziłam, że nie mogę marnować szansy. No to do roboty. Problem w tym, że nie byłam na to przygotowana. Nie miałam gotowych specjalnych beadsów na tyle dni. Od razu zabrałam się za chemię, zaraz w czasie inkubacji ruszyłam z botuliną na kolejne 20 próbek (to max jaki Andrea przyjmuje). Udało mi się wszystko przygotować i nadać paczkę, ale do domu wróciłam wieczorem. Następnego dnia - w środę - musiałam poczekać na wyniki analizy z wtorku, żeby wiedzieć co robić dalej.  Zanim dostałam wyniki minęło kilka godzin. Analiza zajęła kolejną. Później próbki. Na koniec byłam już tak zmęczona podczas pakowania paczki, że rozpłakałam się, bo... nie mogłam sobie poradzić z taśmą klejącą. Spać poszłam wcześnie, z silnym postanowieniem, że środa będzie luźniejsza. W końcu wszystko miałam już przygotowane, ze wstępnej analizy wiedziałam co i jak zrobić. Kusiło mnie, żeby spróbować analizy dla innych toksyn, nawet miałam już gotowe beadsy, ale postanowiłam wykonać plan minimum, czyli zebrać kilka powtórzeń do pierwszej publikacji. Nie chciałam ryzykować, że  zabiorę się za testy do dwóch artykułów i zostanę z górą niepublikowalnych wyników, bo coś pójdzie nie tak. Wstałam później, pojechałam do labu... I kiedy już prawie miałam wysyłać paczkę, Andrea przysłała maila: "masz szczęśliwy tydzień, zwolnił się piątek!"
Pomyślałam, że to raczej jakaś klątwa, ale rzut oka na ostatnie wyniki potwierdził wersję Andrei: Coś z wynikami było nie tak. Dobrze byłoby powtórzyć. Ale to już w czwartek. Pomyślałam tylko "dobrze, ze sobota jest wolna". Kolejna porcja próbek poszła w czwartek po południu. Andrea wyssała moje siły i odczynniki. Przeciwciała z lantanowcem starczyło na ostatnią partię, ale na tym koniec. Pojemnik został pusty. 
Tego dnia wyszłam z pracy przed 16. Ponieważ nie było czasu zjeść wcześniej, zahaczyłam o maru na późny lunch. Kiedy zabierałam się za sushi dostałam SMS od męża: 



Byłam trochę po 16. A że dostałam z Kohl's maila, że akurat tego dnia dają 15% rabatu, a mieliśmy jeszcze 20$ Kohl's cash, które niedługo stracą ważność, namówiłam Joshuę na szybki wypad po spodnie dla niego. Niestety nic mu nie podeszło i skończyło się na spodniach dla mnie. Aż głupio, ale ja nic nie znalazłam, a Joshua wyszukał dwie pary - akurat z wyprzedażowych. Na koniec dorzuciliśmy bluzkę. 
I to był najlepszy deal jaki w tym kraju zrobiliśmy: 



W piątek analiza danych: idealne nie są, coś z normalizacją wbudowaną w system jest nie tak. Muszę to zrobić sama. 
Później jeszcze sprawy bieżące i... No przecież, komórki! Już miałam wychodzić, kiedy sobie o nich przypomniałam. Gdybym znów któreś ubiła niechcący (tak, zdarzyło mi się zapomnieć, a jedne utrzymywane w hodowli mają tak szalony metabolizm, że zżarły co było, zakwasiły sobie medium do niemożliwości i padły.) Kathy chyba by mnie zabiła. 
Na koniec jeszcze rozmowa z Paulem, która wyglądała mniej -więcej tak:
- Paul, na czym stoimy z LIBSem z gościem z Tennessee?
- Sam nie wiem, coś mówi o złożeniu sprzętu, ja już nie wiem, czy on ma jak to zrobić czy nie...
- czy mogę do niego napisać? Krótkie pytanie, czy robimy doświadczenie czy nie? Bo ja chcę ująć wyniki z LIBS w publikacji. To znacznie podniesie jej wartość. 
- No dobrze, napisz. 

No to napisałam. Chris (z Tennessee) wymienił z Paulem kilka maili na temat jak to zrobić formalnie. Nie bardzo mieli tu wspólny punkt widzenia, Chris chciał pełnej biurokracji, Paul za wszelką cenę chciał jej uniknąć (procedura potrwa z miesiąc, koszt się zwielokrotni) więc zaproponował, że zwyczajnie za ten test zapłaci. Jego mail można streścić tak: "Zróbmy to jedno doświadczenie, może na tym się skończy. Możemy przyjechać z próbkami? Ona mi tu żyć nie da, tak o to ciśnie. " 
No fajnie... Wychodzi na to, że to ja decyduję a on - bezbronny - próbuje zrobić co ja chcę. 
Tak czy inaczej... Chris zaproponował wtorek. 
WTOREK?? 
Udało mi się opóźnić do środy. No i zgadnijcie. 
Tak. Dziś spędziłam w kabie 6h znakując przeciwciała do testów. Jutro muszę przygotować beadsy (tu pójdą inne niż na CyTOF), w poniedziałek zabawa z TRZEMA toksynami na raz, a we wtorek wyjazd. Trasa na 6,5h + doświadczenia to za dużo na jeden dzień. Po powrocie chyba zrobię sobie dzień wolnego. 
A, zapomniałabym. Andrea ma mnie informować jak ktoś wypadnie z grafika, a niedługo wraca z Japonii Yamamoto-san i mamy kontynuować eksperymenty. 
No rewelacja! Czemu tak nie było przez ostatnie dwa miesiące??




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz