niedziela, 29 maja 2016

Wygodne życie i kilka dodatkowych fotek

Dlaczego wygodne życie? Bo chociaż często tandetnie, bo tanio, to jednak podstawowym przykazaniem życiowym jakie zdaje się tutejszemu ludkowi przyświecać jest wygoda. Samochody są szerokie, ulice są szerokie - dla wygody. Ostatnio przesiadamy się dwa razy dziennie w samochodach, Ewa zabiera Korlat do labu, ja po pracy odbieram ją do domu jeśli nasz naukowiec siedzi dłużej (zazwyczaj tak, trochę dlatego że ja po prostu zaczynam pracę wcześniej, więcej dlatego że ma sporo roboty ciągle do wykonania), i wiecie jakie to jest wygodne, jeśli nie trzeba pamiętać o przekładaniu z portmonetki do portfela na okrągło dowodu rejestracyjnego? Leży sobie w samochodzie, taki świstek z zaświadczeniem o rejestracji, razem z wydrukowanym w domu papierkiem z potwierdzeniem ubezpieczenia - i tyle. Nic więcej nie potrzeba. Jakież to wygodne.

Do ubiegłotygodniowych wycieczek dodam kilka słów od siebie. Po pierwsze ciągle zapominam, jakie tu są różnice pomiędzy cenami towarów przemysłowych, a tych opartych na usługach. Zwykłe zakupy w markecie na 2-4 dni to kwoty rzędu $40-$80, podczas gdy za $99 - jak jest promocja, dość często, ale nie zawsze - jest do kupienia kindle paperwhite. Parkowanie w Chicago (mój błąd) kosztowało nas $20, na ulicy (tylko o miejsce ciężko) $2 lub $4 za godzinę, ale dalej od centrum jest za friko. Za to już 2 bilety do Muzeum Nauki i Przemysłu z wejściem na jedną dodatkowo płatną wystawę czyli nasze U-505 to $54. Dużo? Zdaje się, że tak. Nie tak bardzo, jak popatrzeć na koszt korlackich zabiegów u weta. Za to sporo w porównaniu do np. wielkiej kuchenki mikrofalowej - $40-70, nowa w sklepie. Dżinsy można kupić już od $10, nasze "markowe" Wranglery za niecałe $20. Za to turystyczne niskie buty spokojnie potrafią kosztować około $100... Mój wewnętrzny kalkulator głupieje, zawsze było tak, że importowana przemysłówka była znacznie droższa od chociażby zakupów w spożywczaku, a tu to nie działa - i jeszcze nie przywykłem do końca.

Po drugie na razie widzieliśmy wprawdzie jedno tylko muzeum z tutejszych wystawek, ale jako że miała to być jedna z głównych atrakcji Chicago, to muszę skrytykować. To jest wystawka, taka na poziomie powiedzmy szkoły podstawowej. Obok siebie, oprócz samolotów, replika Rakiety Stephensona i wielka makieta kolejki, ale żadnych informacji wiążących ze sobą poszczególne elementy wystawy. Pojedyncze, może czasami znaczące, ale oderwane od siebie fragnemty, byle tylko pokazać coś niby ciekawego, za to niestety pozbawionego walorów poznawczych (w dużej mierze) na rzecz elementów rozrywkowych. Pokręcić korbką, to można popatrzeć jak się tłok i koła ciuchci ruszają, i w zasadzie nic poza tym.


Wielkie elementy, niewiele wiadomości i wiedzy. Na dole za paskudnymi szybami - kilkanaście zabytkowych samochodów, podpisanych przeważnie tylko z nazwy producenta i rocznika, brak jakichkolwiek w zasadzie informacji co to jest, dlaczego tu stoi.
A największa porażka, to u-boot. W porównaniu ze stojącymi w Buffalo, NY, to po prostu żenada. W odległości może dziesięciu metrów od siebie wycięte w poszyciu dwoje drzwi, cała "trasa wycieczkowa" to tych kilka metrów między przedziałem dziobowym a rufowym, we wnętrzu z powycinanymi wszystkimi przeszkadzającymi elementami, z dobudowanymi platformami spacerowymi. Trzy przystanki przewodniczki, najdłuższy na bohaterską opowieść o tym, jak to groźny u-boot został schwytany przez dzielnych amerykańskich marynarzy - opowiastka ciągnie się jeszcze do wyjścia. Poza tym tylko parę słów o tym, jak wyglądało życie na patrolu i koniec, wychodzimy. Gdyby nie fakt, że potem w zasadzie też nie było za dobrze, to pożałowałbym wydanej na tą część biletu kasy. Podobno, zdaniem koleżanki z pracy, ciekawe jest Field Museum of Natural History. Zobaczymy przy następnej okazji.



A już Enigmą się chwalą, nie po raz pierwszy, jakby co najmniej sami jej szyfr złamali. Biorąc pod uwagę fakt, że go dostali, i to jeszcze przez atakiem na Pearl Harbor, któremu być może mieli szansę dzięki temu polskimu (pośrednio) prezentowi zapobiec, to jest to dość kuriozalny element wystawy.

Salka DARPA była dość fajna, przynajmniej można z bliska zobaczyć, jak wyglądają niektóre ciekawe prototypy z youtube'a.


Potem to już było coraz mniej ciekawie.

Dla miłośników polskich akcentów w USA fota chwilami dość nieudolnego wodza rezurekcji.


A, żeby się czasami nie pomylić: to jest na planie miasta zaznaczone jako "park":


W skrócie: nasłonecznione do granic możliwości boisko z kilkoma krzakami na obrzeżu, w betonowym kanionie. Odczucie podobne do spaceru w dużym piekarniku, nie wiem, jak ludzie są w stanie biegać po otaczającej teren bieżni. A może właśnie dlatego...

Na deser fotki humorystyczne. Wydaje się Wam, że przyczepka na konia jest duża, jak jedzie sobie po ulicy? No to patrzcie na to:


Przyczepka na jakieś cztery konie, a do tego jeszcze dołożone pół tej długości dla jakiegoś dodatkowego przedziału pasażersko-towarowego. Całość ciągnięta przez 3.5 tonowego pickupa. Można i tak, jak się ma miejsce na drodze.



Z pozdrowieniami dla miłośników wina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz