Do dziś nie wiem, po co Amerykanom baniaczki octu winnego po galonie objętości, ale takie tu sprzedają. Tytuł jednakże miał być prowokujący, a nie musi jakoś się odwoływać całą paszczą do treści, prawda?
Na początek - zupa Campbella z makaronami w kształtach nawiązujących do gwiezdnych wojen. Były jakiś czas temu w sklepach, nie wiem nawet czy jeszcze są: tu jest gigantyczna sezonowość sprzedaży, jak coś nie zejdzie szybko, to potem zaraz znika; prawidłowość dotyczy wszystkiego, co jest reklamowane w związku np. z filmami, przez chwilę były Gwiezdne Wojny, potem przez chwilę Superman vs. Batman.
Z dziedziny "ślinka cieknie" stoisko na sportowym z akcesoriami łuczniczymi. Cóż, jeśli ta sama rzecz ma kosztować $100 albo w starym kraju 500zł (czyli sto dolców po kursie waluty plus VAT), przy zarobkach nominalnie zbliżonych ($2000 średniej tu, przy powiedmy może 2500zł), to widać kogo bardziej stać na zabawki. Globalizacja handlu ma swoje minusy. Ewie nadal się bardziej podobają łuki klasyczne, ja bym się pobawił raczej takim hi-tec.
Z ostatniej wizyty w pet-sklepie czyli kamizelki chłodzące na wysokie letnie temperatury dla psów. Wprawdzie mnóstwo podstawowych rzeczy typu karmy dla zwierzaków można kupić w markecie, ale i tak te lepsze są tylko w wyspecjalizowanych sklepach; jeden odwiedzamy regularnie dla nabycia psich przysmaków, czyli suszonego mięsa (najlepsze są bizoniki, potem kaczuszki, na końcu chyba źle kojarzone z podawaniem leków mieszanki dziczyzny, które dostawała przez dłuższy czas z tabletkami).
Jak czegoś nie ma, to z pewnością oni to tu wymyślą. Na zdjęciu - breloczek do kluczy z zestawem naprawczym do okularów; a w zasadzie z zapasowymi śrubkami, śrubokręcikiem i lupą, która już się do breloczka nie zmieściła.
Teraz będzie lepiej: naszyjnik do... ząbkowania. Skoro i tak małpiatka (znaczy: rosnąca pociecha) wczepiona w rodzicielski dekolt coś musi gryźć, to niech to będzie bezpieczne, przy tym może nawet nie wyglądać najgorzej na szyi mamusi.
Z cyklu "nie dotarło do Polski" - batonik pt. "matki boskiej pieniężnej", czyli dzień wypłaty. Biorąc pod uwagę, że tu często jeszcze płaci się tygodniówki, a chyba tylko ze względów ekonomicznych (koszty generowane w dużych firmach przez taki system) przechodzi powoli na wypłaty dwutygodniowe, to musiał być kiedyś dość popularny rodzaj słodyczy.
Tego też w naszej części globu nie ma na stoiskach. Nie, to nie ogrodnicze - to półka na spożywce, w dziale ze świeżyzną. Nie do końca ogarniamy co to jest, a zupełnie nie mamy na dzień dzisiejszy pomysłów, jak to przyrządzić w celach konsumpcyjnych. Autochtoni musieli jakieś mieć, ale ponieważ przegrali z cywilizacją ziemniaków i przenicy, to ich przepisy pozostają raczej ciekawostką, niż realnym planem żywieniowym.
Na koniec widoczek z ulicy, nie ze sklepu - kampania społeczna nawołująca do bezpiecznej jazdy, tutaj akurat na trzeźwo. Jeszcze są dwa inne dinozaury - całość opiera się na haśle mniej więcej "nie idź drogą dinozaurów". Niby to samo, ale o ileż lepiej przekazane niż np. "akcja znicz".








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz