Na początku swojego tu pobytu zwracałam uwagę na brak chodników. Teraz mieszkamy w tym większym z dwóch miast i w bardziej miejskim rejonie, Creasy Lane na naszej wysokości ma nawet chodniki po obu stronach! Ale już na skrzyżowaniu Creasy i South Street... nie ma przejść dla pieszych! Właściwie, to jeszcze przed skrzyżowaniem chodnik po naszej stronie znika...
I tak do centrum handlowego mamy może 10 min spaceru... ale jakoś nie mam odwagi, żeby IŚĆ tam na zakupy.
Tak więc cieszyłam się, że choć na naszą ścieżkę spacerową możemy spokojnie iść chodnikiem.
O, tym właśnie:
Wyobrażacie sobie coś takiego w Europie? A matka z wózkiem jak przejdzie? A niepełnosprawny na wózku? Tyle, że tu ani niepełnosprawni, ani matki z dziećmi takich "fanaberii" nie mają. Jak trzeba się gdzieś przemieścić, to się dzieci (i wózek) pakuje do samochodu. Proste. Trzeba umieć doceniać to co jest, czyli kawałek chodnika. I nie narzekać, bo przecież skoro droga zamknięta to trzeba o tym kierowców poinformować, więc gdzieś ten znak musi stanąć.
Z resztą ostatnio znaleźliśmy znacznie lepsze miejsce spacerowe.
Prawda, że uroczo? To brzeg rzeki Wabash. Do tej pory myślałam że nie da się iść wzdłuż rzeki. Wałów nie ma, bo woda płynie na dziko, żadnej regulacji... A jednak zrobili ścieżkę. I to sensownej długości, nie kończy się zaraz po tym jak człowiek się rozrusza na starcie.
Czasem można napotkać przy niej dodatkowe atrakcje:
Wygląda, jakby się wbił w to drzewo i już tak został.
Jest tylko jedno jedyne ale:
"Leaveas are three, let it be..."
Ta roślinka na środku to trujący bluszcz. Wydziela silnie drażniący związek chemiczny, który wywołuje swędzącą wysypkę, która zanika po... około dwóch tygodniach! My się w krzaki nie pchamy, więc problemu nie ma, ale Korlat może przywlec toto na swojej sierści a my nawet nie zauważymy, kiedy wniknie w naszą skórę. Trudno, psie buszowanie po chaszczach trzeba ograniczyć.
Jak już przy spacerowych tematach jesteśmy, to dorzucam fotki z poniedziałkowego chyba wyjścia. Trochę się chmurzyło, ale radar pokazał, że przejdzie bokiem. Dobrze pokazał. A chmury wyglądały prześlicznie.
I ze ścieżki spacerowej.
Niedawno pochwaliłam się, że moja astma znikła. Najpierw nieśmiało lekarce, później koleżance. Odstawiałam leki stopniowo, bo nie były potrzebne. Już od dwóch miesięcy nie brałam nic i wszystko było dobrze. Aż do wtorkowej nocy. Oj, ciężka była ta noc. Karetki nie wzywałam, ale myśl, żeby to zrobić obijała się po mojej głowie. Wróciły i tabletki i inhalatory. Jeszcze kolejny dzień i noc były nie najlepsze, zanim cały zestaw zaczął porządnie działać. A najgorsze, że czynnik, który to wszystko wywołał wciąż gdzieś jest w mojej okolicy i wciąż na mnie działa. Jedno jest pewne. Moja teoria o samoistnym wyleczeniu astmy została obalona.
Dwa dni temu przyszło do nas pisemko, że zostaliśmy wybrani do udzielenia odpowiedzi w badaniu opinii publicznej pewnej firmy. I normalnie pewnie bym sprawę olała, bo i nie chce mi się biegać na pocztę, żeby im kopertę odesłać. Ale reklama jaką zrobił owej firmie pan K, trochę mnie zmotywowała, by jednak udzielić odpowiedzi i wysłać zwrotną informację.
Dlatego też nie wyrzuciłam koperty do kosza. A swoją drogą jej zawartość trochę mnie zdziwiła. Nie spodziewałam się, że coś za to dostanę.
A na koniec fota z czwartkowego lunchu: W godzinach pracy i na koszt szefa.
Miłego weekendu!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz