Tak odczytał mój identyfikator jeden ze sklepowych dostawców. Mają tu jednak ze mną problem, a na nowy z napisem jak bozia przykazała "Joshua" coś nie mogę się od kilku miesięcy doczekać. Rzekomo wszyscy czekają, ciekawe tylko dlaczego np. szefowa nie. A niby wszystkie zwierzęta są równe...
Whistleblower zgodnie ze słownikiem to informator, chociaż dosłowne tłumaczenie "gwizdacz" (żeby już nie "gwizdacz gwizdkowy") bardziej do mnie przemawia. Ma swoje uznane miejsce w systemie podatkowym: informator otrzymuje nagrodę pieniężną z kwot odzyskanych przez skarbówkę na podstawie jego zawiadomienia, w skali kraju są to całkiem pokaźne kwoty. Co ciekawe, biuro obsługi tego typu informacji zajmuje istotne miejsce w strukturze organizacyjnej IRS. Uczciwością jak widać tu ludziska nie grzeszą, chociaż można ich usprawiedliwiać (zwyczajowo) prawem obywateli do kwestionowania działań rządu, oraz (humorystyczno-politycznie, za PiS-em) "młodą" demokracją. Co ciekawe, zgodnie z zamieszczonym w moim podręczniku wynikiem ankiety, oszukiwania na podatkach nie uważa za przestępstwo jakieś 17% pełnoprawnych lokatorów tego kraju, co jego rząd uznaje za problem. Ciekawe co powiedzieliby na dane z Polski; pod warunkiem iż nie byłyby mierzone przez GUS i podane przez obecny Dziennik Telewizyjny.
Tymczasem na ulicach obserwujemy - a przynajmniej ja obserwuję - niby nie więcej ciekawostek, ale za to śmiesznie uzasadnione. Ostatnio wracałem z robót na psi spacer, a tu przy remoncie zreorganizowali mi ostatnie skrzyżowanie na zjeździe z "obwodnicy". Zamiast świateł - 3 (czwarta droga jest zamknięta) stopy, a w popołudniowym "tłoku" na drogach - Pan Policjant kierujący ruchem. Miałem za pierwszym razem lekki problem z odnotowaniem, że to pokazywanie palcem dotyczy mnie i mojej planowanej trasy przejazdu. Tak sobie stał i paluchami pokazywał kto ma gdzie jechać. Nie upieram się, że jak za PRL-u musi być w białych rękawiczkach i szerokich mankietach ze skaju (zwłaszcza, że tu kamizelka kuloodporna jest uzasadniona), ale mógłby jakoś wyraźniej wskazywać swoje pozwolenia i zakazy. Kilka kolejnych dni stał jakiś młodszy, temu się chciało całymi dłońmi ruszać, to chociaż widać lepiej. Teraz chyba uznali, że już stali bywalcy się nie pogubią, bo dziś nie było żadnego.
Update: po kilku dniach skrzyżowanie otwarto, pomimo tego że po obu stronach na drodze nadal trwa remont. Najwyraźniej nie odczuwają tu potrzeby utrudniania ludziom życia bardziej, niż to konieczne.
A, jakby ktoś czekał, co będzie dalej, to zbieram zdjęcia ze sklepów. Będzie cała wystawka pt. co debilnego można kupić sobie w USA. Ja przy niektórych miałem niezły polew. Póki co - jak zwykle - piątkowa irytacja: w markecie z lodówki, schłodzony, można kupić sok - ale nie piwo, które ciepłe stoi na półkach. Znaczy nie do końca ciepłe, ale nie jest również specjalnie schłodzone - ot, z klimatyzowanego wnętrza. Jak już całe ściany otwartych lodówek są na soki, to co za problem byłby schłodzić piwo. To już drugie nieszczęście po podawaniu piwa w plastiku, co bywa zwyczajem nawet w restauracjach.
Historie sklepowe: wypakowując filmy natrafiłem na kolejno (mają tu silną sezonowość sprzedaży) na całe serie i paczki poświęcone historiom wojennym, głównie drugiej. Z ciekawości spojrzałem na spis tematów: obrona Francji, obrona Anglii... Zapytałem starszą panią, Bev, która tam na codzień pracuje - a ja tylko mam ją czasami zastępować, po to mnie przyucza - w którym roku zaczęła się II WŚ. Po chwili wahania stanęła na tym, że w '41 to u nich, czyli tak poza nimi to chyba więc w '40. Sprostowałem, ale jednak trochę mnie przeraża taki poziom wiedzy. Nie żebym był zwolennikiem ONR-owskiego modelu nauczania, co to to zdecydowanie nie, ale mimo wszystko XX w. to jeszcze historia w zasadzie świeża, zwłaszcza że zawiera blisko połowę bytu tego ich państewka. Jak widać - co kraj, to obyczaj. A wieści o niskim poziomie nauczania tutaj zmuszony jestem potwierdzić.
Tak poza tym, to oczywiście nie piszę, bo nie mam czasu. Znów było kilka tygodni ciężkiego zapierniczania, żeby się wyrobić; a zaczęło się niewinnie, od jakichś dodatkowych dni na robotach, jakiegoś jednego przedmiotu z dodatkowym egzaminem w środku tygodnia, znaczy poza zwykłym rozdziałem z książki i zadaniem domowym, itd. Potem się robię przemęczony, jak przez cały łykend nie mogę odpocząć (bo jeszcze w sobotę na 5 rano do roboty). Za to wczoraj się ostrzygłem, w końcu po 2.5 miesiąca... Znaczy weekend był luźniejszy. Póki co trzymajcie kciuki, jeszcze tylko 2 tygodnie i będę miał samo wolne. Znaczy będę szukał lepszej roboty.
Uzupełnienie: dziś jest sobota, 7 maja, a ja zdałem ostatni w tym semestrze - czyli w ramach mojego kursu na "bookkeepera" egzamin. Jeszcze do północy trochę do zakończenia pozostałych kursów i już. Potem się biorę za odchudzanie, bo przez to siedzenie przy nauce przytyłem jak beczułka.
Uzupełnienie wieczorne: SKOŃCZYŁEM! Jeszcze wpie...l i już wakacje, jak powiedział Jasio wracając do domu z pałami na świadectwie. Od jutra próbuję sprzedawać książki, żeby chociaż trochę odzyskać kasy. Nie to, co się dzieje w Walmarcie...
... gdzie zużyte zasoby odsyła się do centrali. Czasami wyglądają ciekawie.
Tymczasem na ulicach obserwujemy - a przynajmniej ja obserwuję - niby nie więcej ciekawostek, ale za to śmiesznie uzasadnione. Ostatnio wracałem z robót na psi spacer, a tu przy remoncie zreorganizowali mi ostatnie skrzyżowanie na zjeździe z "obwodnicy". Zamiast świateł - 3 (czwarta droga jest zamknięta) stopy, a w popołudniowym "tłoku" na drogach - Pan Policjant kierujący ruchem. Miałem za pierwszym razem lekki problem z odnotowaniem, że to pokazywanie palcem dotyczy mnie i mojej planowanej trasy przejazdu. Tak sobie stał i paluchami pokazywał kto ma gdzie jechać. Nie upieram się, że jak za PRL-u musi być w białych rękawiczkach i szerokich mankietach ze skaju (zwłaszcza, że tu kamizelka kuloodporna jest uzasadniona), ale mógłby jakoś wyraźniej wskazywać swoje pozwolenia i zakazy. Kilka kolejnych dni stał jakiś młodszy, temu się chciało całymi dłońmi ruszać, to chociaż widać lepiej. Teraz chyba uznali, że już stali bywalcy się nie pogubią, bo dziś nie było żadnego.
Update: po kilku dniach skrzyżowanie otwarto, pomimo tego że po obu stronach na drodze nadal trwa remont. Najwyraźniej nie odczuwają tu potrzeby utrudniania ludziom życia bardziej, niż to konieczne.
A, jakby ktoś czekał, co będzie dalej, to zbieram zdjęcia ze sklepów. Będzie cała wystawka pt. co debilnego można kupić sobie w USA. Ja przy niektórych miałem niezły polew. Póki co - jak zwykle - piątkowa irytacja: w markecie z lodówki, schłodzony, można kupić sok - ale nie piwo, które ciepłe stoi na półkach. Znaczy nie do końca ciepłe, ale nie jest również specjalnie schłodzone - ot, z klimatyzowanego wnętrza. Jak już całe ściany otwartych lodówek są na soki, to co za problem byłby schłodzić piwo. To już drugie nieszczęście po podawaniu piwa w plastiku, co bywa zwyczajem nawet w restauracjach.
Historie sklepowe: wypakowując filmy natrafiłem na kolejno (mają tu silną sezonowość sprzedaży) na całe serie i paczki poświęcone historiom wojennym, głównie drugiej. Z ciekawości spojrzałem na spis tematów: obrona Francji, obrona Anglii... Zapytałem starszą panią, Bev, która tam na codzień pracuje - a ja tylko mam ją czasami zastępować, po to mnie przyucza - w którym roku zaczęła się II WŚ. Po chwili wahania stanęła na tym, że w '41 to u nich, czyli tak poza nimi to chyba więc w '40. Sprostowałem, ale jednak trochę mnie przeraża taki poziom wiedzy. Nie żebym był zwolennikiem ONR-owskiego modelu nauczania, co to to zdecydowanie nie, ale mimo wszystko XX w. to jeszcze historia w zasadzie świeża, zwłaszcza że zawiera blisko połowę bytu tego ich państewka. Jak widać - co kraj, to obyczaj. A wieści o niskim poziomie nauczania tutaj zmuszony jestem potwierdzić.
Tak poza tym, to oczywiście nie piszę, bo nie mam czasu. Znów było kilka tygodni ciężkiego zapierniczania, żeby się wyrobić; a zaczęło się niewinnie, od jakichś dodatkowych dni na robotach, jakiegoś jednego przedmiotu z dodatkowym egzaminem w środku tygodnia, znaczy poza zwykłym rozdziałem z książki i zadaniem domowym, itd. Potem się robię przemęczony, jak przez cały łykend nie mogę odpocząć (bo jeszcze w sobotę na 5 rano do roboty). Za to wczoraj się ostrzygłem, w końcu po 2.5 miesiąca... Znaczy weekend był luźniejszy. Póki co trzymajcie kciuki, jeszcze tylko 2 tygodnie i będę miał samo wolne. Znaczy będę szukał lepszej roboty.
Uzupełnienie: dziś jest sobota, 7 maja, a ja zdałem ostatni w tym semestrze - czyli w ramach mojego kursu na "bookkeepera" egzamin. Jeszcze do północy trochę do zakończenia pozostałych kursów i już. Potem się biorę za odchudzanie, bo przez to siedzenie przy nauce przytyłem jak beczułka.
Uzupełnienie wieczorne: SKOŃCZYŁEM! Jeszcze wpie...l i już wakacje, jak powiedział Jasio wracając do domu z pałami na świadectwie. Od jutra próbuję sprzedawać książki, żeby chociaż trochę odzyskać kasy. Nie to, co się dzieje w Walmarcie...
... gdzie zużyte zasoby odsyła się do centrali. Czasami wyglądają ciekawie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz