Operacja Korlat miała być 19 maja. Ale... No właśnie. 19 zawiozłam psa do szpitala. Na wstępie chirurdzy opowiedzieli mi co wyszło z biopsji i co oni chcą z guzem zrobić. W końcu dowiedziałam się jaki naprawdę jest wynik histopatologii. Do tej pory wszystkie wiadomości były niezłe. Później dowiedziałam się ile mnie skasują za operację. Trochę mi się słabo zrobiło, ale przecież nie zrezygnuję. A jeszcze później dowiedziałam się, że zabiegu nie zrobią od razu, ale zostawią Korlat w szpitalu w już tego dnia - w czwartek rano, żeby o 8 w piątek zacząć przygotowania i przeprowadzić operację. I tu już mi się całkiem nie spodobało Zabieg wyceniony na $2500, a w tym przetrzymywanie psa w szpitalu bez potrzeby. Od razu zapowiedzieli, ze oddadzą mi ją w sobotę albo w niedzielę.
Że co? Przecież to skórę mają ciąć, a nie robić operację na otwartym sercu! Przywiozłam ja na czczo... Po co to wszystko?
Że co? Przecież to skórę mają ciąć, a nie robić operację na otwartym sercu! Przywiozłam ja na czczo... Po co to wszystko?
Powiedziałam, że nie chcę jej zostawiać, że przywiozę ją następnego dnia na 7:30, ale teraz chcę ją zabrać. Zgodzili się.
W domu były ostre kombinacje. Cały wieczór spędziliśmy nad warunkami ubezpieczenia. Nie wyglądało to różowo. Za operację zwracają do 1000$ a i to pod pewnymi warunkami. Czyli 1500 z naszej kieszeni. Zaczęliśmy liczyć i nam wyszło, że połowę taniej będzie zabrać psa na zabieg do Polski. Naprawdę!
Następnego dnia poszłam na Purdue z prośbą o odwołanie zabiegu. Bałam się, ze się wkurzą, ale byli bardzo wyrozumiali. Umówiliśmy się, że odezwę się w poniedziałek. Zaraz później zadzwoniłam do Chicago do "naszego" weta z pytaniem o wycenę zabiegu. Powiedział, że razem z biopsją zmieści się w $1500. To już lepiej. Był piątek, więc umówiliśmy się zaraz na wtorek.
Jak spędziliśmy weekend, pisaliśmy z Przemkiem poprzednio. We wtorek Wpakowaliśmy Korlat do samochodu i pojechaliśmy.
Po odstawieniu Korlat (na 9 CST) pojechaliśmy zwiedzać. Chcieliśmy zacząć od najsławniejszej Chicagowskiej plaży. Niestety okazało się, że parkingów jest mało, a jak już są to po drugiej stronie drogi i piekielnie drogie. Mimo wszystko postanowiliśmy się przejść. I poszlibyśmy, gdyby nie remont kładki. Tak nas to zirytowało, że odpuściliśmy plażę. W ogóle początek zwiedzania się nie składał, zeby nie powiedzieć, że wszystko szło nie tak. Dopiero po lunchu zapadła komkretna decyzja: Muzeum nauki i technologii. Zwiedzanie zaczęliśmy od U505.
Później też było ciekawie. Zwiedziliśmy część poświęconą komunikacji...
i meteorologiczną.
Z miniaturowym tornadem.
Były roboty...
A Joshua uczył się biologii
I było coś z Korlackiego kręgu zainteresowań.
Po zwiedzeniu muzeum chcieliśmy jeszcze zobaczyć akwarium, ale niestety wszystkie atrakcje zamykane są o 17. Trochę kiepsko...
Pozostało czasu akurat na tyle, żeby coś zjeść i jechać po piesa.
Oczywiście wcześniej dwa razy dzwoniliśmy pytać czy wszystko ok. Trochę niecierpliwiliśmy się, żeby już ją zobaczyć, ale też chcieliśmy żeby jak najbardziej doszła do siebie zanim wpakujemy ją do samochodu na 2,5 h jazdy.
Oczywiście wcześniej dwa razy dzwoniliśmy pytać czy wszystko ok. Trochę niecierpliwiliśmy się, żeby już ją zobaczyć, ale też chcieliśmy żeby jak najbardziej doszła do siebie zanim wpakujemy ją do samochodu na 2,5 h jazdy.
Zjedliśmy sushi - jedyny bezpieczny obiad dla mnie. Jest pewne, że nie będzie w nim kukurydzy ani jej pochodnych, a do tego wszystkie składniki są opisane i nie zdarzy się, że kelner zapomni, że na przykład sos jest robiony na wywarze z mięsa, albo wśród składników jest seler.
Niby mieliśmy mnóstwo czasu, a jednak spóźniliśmy się. Po tym półtora roku w Lafayette zapomnieliśmy o korkach ulicznych. Niby mieliśmy świadomość, ze możemy pojechać dłużej, niż wylicza GPS, ale nie spodziewaliśmy się, że o tyle dłużej. Utknęliśmy na dobre. Do tego jak tylko pojawiała się sygnalizacja świetlna, było czerwone. Przemek robił co mógł, ale niestety na zakorkowanej ulicy niewiele można. Ja jeszcze dziś rozbijałam się po naszej mieścinie jak pirat drogowy z Illinois. Łatwo się przestawić na styl jazdy, do którego nawykliśmy przez lata.
No a teraz najważniejsze.
Guz wycięty z półtoracentymetrowym marginesem. Nie wiem jak dr. Koc to pozszywał, ale jakoś dał radę. Rana jest duża. Ale tak być musi. Teraz mamy nadzieję, że się jednak zrośnie.
Podróż minęła nam spokojnie, dziś Suczydło jest trochę nieswoje. Nie wiemy czy to pogoda (minęło lato, zaczęło się piekło: niby tylko po 30 C ale przy tutejszej wilgotności odczucie jest jak przy 37. A będzie więcej. Według długoterminowej prognozy 40C w pomiędzy czerwcem a sierpniem nie będzie należało do rzadkości) czy wpływ antybiotyku, czy jeszcze zabiegu. Łapa ewidentnie boli, ale na to już niewiele poradzimy. Niby mamy zapas tramadolu, który ucieszyłby niejednego ćpuna, ale tez nie ma co psiska faszerować lekami.
Fotka z trasy: tu pies jeszcze walczył, po 40 minutach poddała się i zasnęła.
Do domu wróciliśmy przed 23 i prawie od razu poszliśmy spać. Przemek był kompletnie wycięty po całym dniu jazdy, a w środę zaczyna pracę o 5 rano. Korlat była zmęczona po wszystkich przejściach, a ja postanowiłam iść spać razem z nimi dla towarzystwa.
A tu jeszcze dwa zdjęcia z Chicago na deser. To miasto naprawdę jest ładne, kiedy nei ogląda się go z autostrady.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz