środa, 18 maja 2016

GMC Denali i wielgachne 280KM

Przez ostatnich kilka dni miałem dwukrotnie niezły ubaw: raz czytając o super-sportowej wersji skody octavii, drugi sprzedając rower - w obu ze względu na tutejsze warunki i różnice pomiędzy nimi, a naszym krajem. Od końca poczynając: zaglądam sobie na gazetę, a tam piszą o skodzie, jak to się firma zmienia, jak mimo korzystania tylko ze starszej techniki VW daje sobie świetnie radę na rynku. No i sportowa nowość, octavia z silnikiem 280KM, taka mocarna. Za oknem stoi nasza nudna toyota, 270KM. Na ulicy co trzeci sedan, traktowany tu jako auto dla jednej osoby (góra dwu), ma fałkę szóstkę i lekko ponad 200 kucyków. A dlaczego dla jednej? Bo jak się wozi więcej, to dla wygody kupuje się dużego suv-a, albo przynajmniej minivana.


A to rower. Kupiłem tuż przed naszym zeszłorocznym urlopem, specjalnie przez kilka tygodni szukając czegoś z "barankiem", bo jeszcze nie miałem takim okazji pojeździć. Cholernie tu trudno - wszystko jest wielkie, ciężkie, na obu kołach amortyzowane, tylko do jazdy... po ulicach, z resztą sporadycznej. Za to przerzutek 3x8 w zasadzie się tu nie spotyka, 2/3 rowerów ma raptem 2x6. Szukałem, kupiłem (z resztą za niewielką cenę), i po pół roku sprzedałem, nie jeżdżąc ani raz. Zaraz po zakupie pojechaliśmy na urlop, w zasadzie potem była jesień i mój college, aż do teraz - a rower w zasadzie kupiłem pod pretekstem dojazdów do pracy, tylko zamiast 2 mile, przeprowadziliśmy się o 12, a to za dużo na codzienne pedałowanie 2x dziennie. No i tak samemu do niczego, poza tym - a Ewa przy jej kłopotach z kręgosłupem nie ma na razie szans na tego typu aktywności. No to sprzedałem, trzy razy szybciej, jak kupiłem. Miasteczko uniwersyteckie, ceny na rowery dwa razy wyższe, niż w Indianapolis (podobnie jak na drukarki i laptopy).
GMC Denali na ramie to tylko marka - nie wiem, kto wpadł na pomysł podpinania rowerów pod firmę samochodową, bo jak rok temu planowałem kupować sobie GMC w wersji Denali, to miałem na myśli raczej coś takiego:


Przy motoryzacji będąc uzupełnię jeszcze o jeden obrazek ze ścieżki nad rzeką.


Nie mam pojęcia, skąd się tam wzięły, jest chyba jeszcze trzeci, już całkowicie zagrzebamy i wkomponowany w skarpę brzegu.

A dziś wieczór Ewa pracuje: nad malowanką.


Generalnie mają to być urządzenia odstresowujące dla dorosłych, dlatego dostała wersję na Stare Wary. Ale - ponieważ wydawało mi się iż tak będzie zabawniej - również kredki świecowe, a te zdaniem naszej nowej gwiazdy obrazków wszelakich "się nie nadają do detali". No to dziś dokupiłem ołówkowe; siedzi więc i koloruje po kolei już chyba trzeci, robiąc "a-pfffff" na sugestię, że nie ma obowiązku pokolorowania wszystkich tego wieczora... Na stoisku książkowym namierzyłem nastąpną, będzie Gra o Tron, jak skończy za szybko (znaczy przed odstresowaniem).

Na koniec fota spod pobliskiego Walmartu.


Jak widać cena czyni cuda, a oszczędne kupowanie nie musi być domeną najuboższych (i imigrantów, nawet jeśli tylko czasowych).

3 komentarze:

  1. W pełni popieram - świecowe nie nadają się do szczegółow ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z kredkami się zgadzam. Kasia też ma te kolorowanki... nie zauważyłem tylko, żeby odstresowywały.
    A co do ostatniego zdjęcia... toż to rpzecież tani chrysler 300c... paskudnie się tym jeździ.

    OdpowiedzUsuń
  3. a, papacz pan jaka zmyła, nie przyjrzałem się dokładnie - tylko na to "B" na masce

    OdpowiedzUsuń