Jakby ktoś miał wątpliwości, skąd jest szef labu, to wizja lokalna winna je rozwiać. Prezenty w postaci kangurków-breloczków były, w labie zaś pochodzenie Paula zostało zaakcentowane inaczej.
Tymczasem jednak, pomimo zapracowania Ewy, korzystając z pogody letniej, a jeszcze nie piekielnej, oraz póki co sprawnego psa, postanowiliśmy trochę pozwiedzać okolicę. Jako iż poza polami kukurydzy nie ma tu zbyt wiele, a sameż pola są obecnie raczej - albo jeszcze - ubiegłorocznymi ścierniskami, pozostają parki stanowe (narodowych w Indianie nie ma chyba wcale). W skrócie: park stanowy, to taki kawałek lasu aspirujący do interesującego dla bywalców domowych kanap oraz przydrożnych macdonaldów, wyposażony w infrastrukturę typu ławeczki i grille na niedzielne wypady na łono przyrody. Powyższe jest okraszone dla cymbałów - jak my - spragnionych przebierania nogami kilkoma ścieżkami spacerowymi zamiast wygodnych dojazdów. Psu lasek pasuje, więc poszliśmy w sobotę na Turkey Run; my ponownie, Korlat zdaje się po raz pierwszy.
Ostatni to już widoczek z mostu wiszącego, który robi za parkową atrakcję. Nam za atrakcję robiły kolejno: pomylenie trasy, bo zamiast normalnie oznakowanych szlaków mają słupki co jakiś czas, a poza tym plan typu "wszystko na płasko" zamiast porządnej mapy turystycznej. Następnie zawrotka, kiedy uznaliśmy człapanie przez wodospady i po kamiennych mokrych półkach za mało praktyczne na cztery pazurzaste łapy. A na koniec te same skalne półki i wodospadziki, kiedy ostatecznie pętla ścieżki sprowadziła nas tam z powrotem. Raz tylko musiałem Korlat w zasadzie znieść kilka kroków, bo próbowała ominąć wąskie stopnie i skakać do skalnej miski z wodą; poza tym było nawet fajnie.
Poza tym potwierdzamy: w parku łatwiej o Polaków, niż jakiegokolwiek czarnego. Tych ostatnich nie widzieliśmy w ogóle, za to mijaliśmy się po drodze z wycieczką szikagowskich Polaków. Jak gdzieś znajdziecie nasze zdjęcie, to tak, wzięli i zrobili sobie jedno dla upamiętnienia spotkania. Nam nie analogiczna fotka nie była do szczęścia potrzebna.
A to jeszcze wóz strażacki/ ratunkowy w trakcie jakiegoś zabezpieczania imprezy w parku. Jak ja lubię te tutejsze maleństwa...
Z obserwacji ulicznych: opel insignia wcale nie jest taki duży, jak się w domu wydawało. To raz. Hummer też nie, jakby coś. Za to np. ford c-max jest wręcz mały i pokraczny, z tą swoją wysoką i wąską sylwetką. Na następny wpis za to mam z tej dziedziny coś fajnego, sprawdzajcie za kilka dni.
Z obserwacji ulicznych: opel insignia wcale nie jest taki duży, jak się w domu wydawało. To raz. Hummer też nie, jakby coś. Za to np. ford c-max jest wręcz mały i pokraczny, z tą swoją wysoką i wąską sylwetką. Na następny wpis za to mam z tej dziedziny coś fajnego, sprawdzajcie za kilka dni.
W drodze powrotnej - wystawka aut na sprzedaż. Ceny trochę za wysokie, ale za to roczniki jak wino - absolutnie pełnolenie. Jakby ktoś reflektował, to przypominam, że transport do domu może trochę kosztować. Poza tym chyba szukałbym takich w lepszym stanie, mimo wszystko.
Na deser - pokłosie wizyty w sklepie, wieszak z przecenionymi krawatami. Do noszenia nie bardzo, a na wiszący w szafie żart jednak trochę za drogie (w końcu na licencjach zarabia pan L.), ale jednak zabawne. Najbardziej podobał się nam ten ze szturmowcami, najmniej odpustowy jakby nie patrzeć.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz