sobota, 4 czerwca 2016

Pi

Piątek był porąbany. Od początku do końca. 
Zaczął się budzikiem o 5:30. Dla mnie jest to pora bliższa zasypianiu niż wstawaniu, więc już na początku było ciężko. Zawiozłyśmy z Korlat Przemka do pracy i pojechałyśmy na uczelnię. 
Akurat wyszłam z pokoju, żeby zacząć kolejny etap eksperymentu, kiedy po uszach uderzył mnie nieprzyjemny (i bardzo głośny) dźwięk, a światła alarmowe zaczęły walić po oczach. Ewakuacja. Po drodze dołączali do nas inni ludzie i inne psy. Wyszliśmy na parking zastanawiając się o co chodzi, bo nikt nie zauważył nic co by mogło być przyczyną alarmu.
Po chwili usłyszeliśmy syreny i zobaczyliśmy smochody straży pożarnej.
Parking od strony szpitala wyglądał mniej-więcej tak: jakieś dwa razy więcej ludzi niż psów, ale tych ostatnich była spora grupka. Większość całkiem zrównoważonych, więc Korlat mogła niuchnąć się z kilkoma. Na więcej interakcji społecznych - jak na autystyczne stworzenie przystało - nie miała ochoty.






Taki tłum, że aż musiała ziewnąć, żeby się uspokoić.

Po 20 minutach mogliśmy wrócić do pracy. W labie była juz Kathy i trwało lekkie zamieszanie. No tak, zapomniałam, że mieli nam przysłać ryby. Pamiętacie? te triploidalne, bezpłodne, maleńkie rybki, kóre badaliśmy w zeszłym roku? Tym razem było tylko 18 worków, była też Carmen do pomocy, ale i tak po nastawieniu inkubacji swoich próbek poszłam im pomóc. Liczenie, miażdżenie i filtrowanie rybek jest jednak żmudną pracą i zabiera mnóstwo czasu. A trzeba zrobić to wszystko, żeby dało się je zbadać. Ledwo skończyłyśmy, kiedy znów włączył się alarm. Zanim ja wytarłam właśnie umyte ręce, Jennie pobiegła do biura.
W biurze alarm był trochę cichszy, ale też wył, światła błyskały tak samo. W takiej oto scenerii na środku pokoju leżało moje suczydło, leniwie się przeciągając. Zerknęła na nas "o, wróciłyście" i znów zamknęła oczy. W końcu o tej porze się śpi. Jennie nie mogła wyjść z podziwu. Spodziewała się, że Korlata spanikuje. Wyjaśniłam, że ona przecież nie łapie że to alarm, sama zagrożenia nie czuje, ale jeśli zdarzy się to jeszcze ze dwa razy, to skojarzy sygnał do ewakuacji ze spacerem i zacznie się cieszyć. 
Już do tego momentu z czasu pracy wcięło mi prawie półtorej godziny czasu, który miałam poświęcić na swoje eksperymenty. Z kolejnym alarmem zrobiły się dwie. 
Gdzieś w przerwie zadzwoniłam do polecanego przez Paula mechanika samochodowego. Jako że sprzedaliśmy Toyotę, jeździmy teraz miniakiem. W planach mieliśmy wypad do Chicago (w niedzielę) i chciałam mieć pewność, że samochód da radę i nie stanie w połowie trasy na autostradzie pośrodku niczego. Miałam podstawy do obaw, bo kiedy miniak stał w autoryzowanym serwisie, (z powodu zdechnięcia alternatora), tamtejsi mechanicy przygotowali dla mnie listę napraw z wyceną. (Wycena napraw i części zamiennych  była mocno niesatysfakcjonująca. Otóż za takie same pieniądze mogłabym kupić drugiego takiego samego miniaka i podmieniać kolejno zepsute elementy. Zakładając że na w czasie używania zepsuje się coś jeszcze, wyszło by pewnie taniej.)
Paulowy mechanik stwierdził beztrosko "przyjedź o 14". No tak. Tu wszyscy pracują do 17. Sklepy do oporu, ale usługówka często kończy pracę o 17. Poczta też jest zamykana wcześnie, pomysł na wysłanie paczki w tygodniu to jakieś nieporozumienie. To samo z bankami. Albo się urwiesz z pracy, albo czekaj do weekendu. Ja na szczęście z pracy mogę się urywać prawie bez ograniczeń, więc 14 była ok. Musiałam tylko upewnić się czy w razie kolejnej ewakuacji będzie miał kto wyprowadzić Korlatę. Pojechałam więc do mechanika z listą napraw sugerowanych przez autoryzowany serwis. Części uszkodzeń z listy mechanik nie znalazł w ogóle, pozostałe wycenił na 10x mniejszą kwotę, a wszystkie określił jako mało pilne. No i dobrze. 
Kiedy wróciłam do labu, była 14:40 i mój czas zaczął się kończyć. Z racji jeżdżenia jednym samochodem wracam po końcu pracy Joshuy - na moje szczęście on ma przerwę lunchową, więc jest dodatkowa godzina. Ostatecznie ledwo wyrobiłam się z próbkami. Gdyby trafił się trzeci alarm, chyba bym się wściekła. Joshua dał mi kolejne pół godziny dojeżdżając pod Lynn Hall autobusem. I tak będąc w pracy prawie 9 godzin (odliczam czas na mechanika) ledwo wyrobiłam się z czymś do powinno zająć według planu trzy godziny. Jednak Pi jako współczynnik pozwalający oszacować czas wykonania doświadczenia na podstawie czasu według protokołu sprawdza się idealnie. 

Czas teoretyczny * Pi = rzeczywisty czas pracy


Na deser ptaszyska. 
Kiedyś wspomniałam, że nie znam tutejszych ptaków. Ze ssakami generalnie sobie radzę, ale ptaki są inne i już. I drą się inaczej (kiedyś mama pomyliła przez telefon ptaka z alarmem samochodowym) i zupełnie inaczej wyglądają. Dwa dni później Jennie wręczyła mi atlas ptaków, który znalazła na wyprzedaży niedaleko miejsca pracy. Pochwaliła się, że kosztował aż 86 centów. Tak, tu można znaleźć takie rzeczy. Ale wracając do pierzastych skubańców, postanowiłam, że kiedy siedzę z Korlat na patio będę zabierać aparat z teleobiektywem, a później na podstawie trzaśniętych fotek sprawdzać co też się przed obiektyw nawinęło. 
Pierwsze posiedzenie było średnio owocne, zapozowały mi tylko dwa. Jednak są zarazy piekielnie nieśmiałe. 



Oto Robin. Popularny w naszym rejonie, często pojawia się w przydomowych ogrodach. Na fotce samiec. Samiczka była bardziej nieśmiała,  ale może uda mi się ją jeszcze przyłapać.




Atu kardynałek. Akurat z tej pary śmielsza była samica. Samiec (symbol Indiany z resztą) chował się w iglakach i nijak nie dał się sfotografować. A jest skubaniec śliczny. 

Teraz jak mam atlas, pasuje zrobić kolekcję fotek i pokazać Jennie. Ja się 86 centami nie wywinę...







1 komentarz: