W czwartek byłam w robocie pół przytomna. Na usprawiedliwienie Korlaty burza faktycznie była paskudna i spowodowała sporo zniszczeń. Na szczęście dla nas nie w samym Lafayette, ale pobliska wioska została odcięta od świata. Jedyną zaletą Korlackiej paniki było to, że o ósmej wieczorem byłam tak wycięta, że mogłam iść spać. Było to całkiem przydatne, bo pobudka była przewidziana na trzecią, żeby o czwartej wyjechać. Prawie się udało. Jak zawsze zbieraliśmy się ciut za długo, ale tylko ciut.
Wyjechaliśmy o 4:15, 2 h przed wschodem słońca (u nas wschodzi ok. 6:20). Właśnie na wschód, bo przecież "tam musi być jakaś cywilizacja".
Przejazd przez Indianę był nudny, tak samo, jak zachodnia część Ohio. Później zrobiło się ładniej. Pojawiły się wzgórza i drzewa.
Pittsburgh ułożył się nam mniej-więcej w połowie drogi, z lekkim odbiciem na północ. Korzystna lokalizacja i fakt, że miasto samo w sobie jest dość wyjątkowe jak na tutejsze standardy, spowodowały, ze postanowiliśmy o nie zahaczyć. I tak nie bylibyśmy jednak w stanie jechać 12h non stop. Było warto.
Zrobiliśmy kilka fotek na punkcie widokowym, niestety nisko wiszące chmury trochę zepsuły wrażenie.
A później wyszło słońce i fotki z miasta wyszły dużo lepiej.
Joshua zwiedził muzeum, przy forcie, a ja siedziałam w parku z Korlat robiącą za atrakcję dla mijających nas dzieciaków. Trochę odpoczęliśmy i dwie godziny później mogliśmy jechać dalej.
O samym forcie napisze zwiedzający (jak najdzie czas). Ja pewnie tez napiszę coś na dniach. A teraz jeszcze wrzucę stare zdjęcie sprzed niemal dwóch tygodni, które jakoś mi się uchowało do tej pory.
Otóż miałam fotografować ptaszyska... Jest tylko jeden problem: Jest tak gorąco, że na spacer wychodzę jeszcze przed wschodem albo dopiero po zachodzie słońca. A przez okno jedynie robiny widać. (Fotki były poprzednio). Nawet samiec kardynałka nie chce się pokazać. A gdzie moje ulubione blackbirdy? (Na Celery Bog zapewne. Tam ich widywałam mnóstwo).
Za to udało mi się coś pstryknąć z wnętrza klimatyzownego samochodu... Właściwie niewiele innych rzeczy było chwilowo do roboty. Procesja gęsi kanadyjskich miała tempo jak ta bożociałowa. Nie wiem czemu postanowiły iść, a nie lecieć, przecież potrafią, ale nikt nie zatrąbił, nikt ich nie straszył, a staliśmy tak ładnych kilka minut.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz