środa, 29 czerwca 2016

Han Solo zawsze strzela pierwszy...

...a Korlat zawsze wie wcześniej. Ostatnio wiedziała tydzień temu. Już przed północą okazywała zdenerwowanie. Niby mapa pogodowa pokazała, że idzie w naszą stronę niezła burza, niby mamy Tornado Watch, ale jakoś miałam nadzieję, że nas ominie. Nie ominęło. Były syreny - tym razem z powodu burzy, nie tornada. Później były chwile bez prądu. Psisko uznało, że grozi nam niebezpieczeństwo i zmusiło choć jedno z nas do ewakuacji w bezpieczne miejsce, czyli do łazienki. Efekt był taki, że zamiast się wyspać, siedziałam na podłodze, bo pomieszczenie jest za małe, żeby się położyć. Jednocześnie Korlat jest zbyt uparta, by dało się ją zignorować. Dla Przemka zabrakło miejsca, więc spał wygodnie w łóżku, fuksiarz jeden, ale tylko do trzeciej, kiedy wykopałam go do łazienki.


W czwartek byłam w robocie pół przytomna. Na usprawiedliwienie Korlaty burza faktycznie była paskudna i spowodowała sporo zniszczeń. Na szczęście dla nas nie w samym Lafayette, ale pobliska wioska została odcięta od świata. Jedyną zaletą Korlackiej paniki było to, że o ósmej wieczorem byłam tak wycięta, że mogłam iść spać. Było to całkiem przydatne, bo pobudka była przewidziana na trzecią, żeby o czwartej wyjechać. Prawie się udało. Jak zawsze zbieraliśmy się ciut za długo, ale tylko ciut. 
Wyjechaliśmy  o 4:15, 2 h przed wschodem słońca (u nas wschodzi ok. 6:20). Właśnie na wschód, bo przecież "tam musi być jakaś cywilizacja".
Przejazd przez Indianę był nudny, tak samo, jak zachodnia część Ohio. Później zrobiło się ładniej. Pojawiły się wzgórza i drzewa. 
Pittsburgh ułożył się nam mniej-więcej w połowie drogi, z lekkim odbiciem na północ. Korzystna lokalizacja i fakt, że miasto samo w sobie jest dość wyjątkowe jak na tutejsze standardy, spowodowały, ze postanowiliśmy o nie zahaczyć. I tak nie bylibyśmy jednak w stanie jechać 12h non stop. Było warto. 


Zrobiliśmy kilka fotek na punkcie widokowym, niestety nisko wiszące chmury trochę zepsuły wrażenie. 






A później wyszło słońce i fotki z miasta wyszły dużo lepiej. 



Joshua zwiedził muzeum, przy forcie, a ja siedziałam w parku z Korlat robiącą za atrakcję dla mijających nas dzieciaków. Trochę odpoczęliśmy i dwie godziny później mogliśmy jechać dalej. 
O samym forcie napisze zwiedzający (jak najdzie czas). Ja pewnie tez napiszę coś na dniach. A teraz jeszcze wrzucę stare zdjęcie sprzed niemal dwóch tygodni, które jakoś mi się uchowało do tej pory. 

Otóż miałam fotografować ptaszyska... Jest tylko jeden problem: Jest tak gorąco, że na spacer wychodzę jeszcze przed wschodem albo dopiero po zachodzie słońca. A przez okno jedynie robiny widać. (Fotki były poprzednio). Nawet samiec kardynałka nie chce się pokazać. A gdzie moje ulubione blackbirdy? (Na Celery Bog zapewne. Tam ich widywałam mnóstwo). 
Za to udało mi się coś pstryknąć z wnętrza klimatyzownego samochodu... Właściwie niewiele innych rzeczy było chwilowo do roboty. Procesja gęsi kanadyjskich miała tempo jak ta bożociałowa. Nie wiem czemu postanowiły iść, a nie lecieć, przecież potrafią, ale nikt nie zatrąbił, nikt ich nie straszył, a staliśmy tak ładnych kilka minut.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz