piątek, 10 czerwca 2016

Are you a rebel?

Dziwnie się to wszystko potoczyło. Znając stereotyp o Chicagowskiej Polonii byłam absolutnie pewna, że nie chcę mieć z tymi ludźmi nic wspólnego. A później powstał KOD i (jak w dobrej mieszaninie ekstrakcyjnej) z tego stereotypowego obciachowego społeczeństwa wyselekcjonowali się ludzie bardziej nam podobni. Jedna wspólna demonstracja (na wiele więcej za daleko), kilka postów w internecie i... Jakoś tak wyszło, że jest z kim pogadać po polsku. 

W niedzielę pojechaliśmy do Chicago na Piknik Wolności. Wydarzenie nie było szczególnie ukrywane, zaproszeni byli wszyscy, którzy mieli ochotę się przyłączyć. Nie dziwi więc zbytnio fakt, że na wstępie pojawili się Polacy lepszego sortu z pozdrowieniami. Na szczęście były tylko dwa takie incydenty i tylko pod adresem organizatorów. My sami dotarliśmy zaraz na początku, i za naszej bytności nikt już się nie pokazał. I dobrze, bo wkrótce zaczęły dołączać rodziny z dziećmi. 



Ludzi było sporo, wyżerki jeszcze więcej. Przemek z radością zjadł kiełbasę (podobno była wysokiej klasy Chicagowską podróbą polskiej kiełbasy).


Można było pośpiewać i popłakać się ze śmiechu z napisanej specjalnie na piknik piosenki o członkach polskiego rządu. 






Był też najbardziej kudłaty rebeliant (z przypinką na smyczy), przez 99% czasu robiący za spokojnego, grzecznego psa i maskotkę dla dzieci, przez 1% okazujący hovawarcki charakterek, kiedy inny pies chciał się napić z jej miski. Choć basowy warkot wzbudził jedynie wesołość i tak została pierwszym psem obronnym imprezy (nawet przed mixem pitbulla). 




Wyjazd do Chicago miał jeszcze jeden cel: chcieliśmy oglądnąć kilka samochodów. Niestety ta część programu nie wypaliła. Głównie przez "dziadka", który podobno jest w super stanie i z niewielkim przebiegiem (oni tu na to patrzą, a skręcić licznika właściwie się nie da nawet gdyby się chciało). Ale wróćmy do "dziadka". Umówił się, ściągnął nas pod dom, a samochodu nei było. Podobno był u zięcia w garażu i zięć miał przyjechać, ale musiał zabrać córkę do szpitala bo nogę skręciła... i nie przyjechał. 
W ogóle coś mamy z tymi samochodami problem. Nasz drugi typ jest równie daleko jak w Chicago, zapowiada się bardzo ciekawie, ale sprzedający (mimo, że odświeża ogłoszenie) nie odpisuje na maile, SMSy i nie odbiera telefonu. Tak więc jeździmy miniakiem. We trójkę. Korlat co rano podchodzi do nas z wyczekującą miną, a na hasło "idziemy do pracy" wpada w ekscytację. 
Generalnie psica jest maskotką biurową, jest rozpieszczana przez Jennie do granic mojej tolerancji, głaskana przez współbiurowiczów i stresowana przez Paula. Oj, jak ona nie lubi jego energicznego sposobu bycia. Ciężko jej się dziwić, bo jego sposób bycia, styl pracy (i wymagania stawiane innym) są dobrze większości profesorów i wszystkim pracownikom administracji*. 

Dziś równiez mieliśmy alarm pożarowy (większość pracowników go zignorowała, ja wyszłam z Korlat, żeby nie siedziała w hałasie). Poszłam do najbliższego wyjścia, pod część szpitalną. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok nas pojawił się lekarz, który miał wycinać jej guza. Od razu podszedł do nas a raczej do Korlat. Chyba zobaczył wygoloną łapę, bo zaraz kucnął i zaczął oglądać. spytał, czy margines był czysty i gdzie operowaliśmy. Czułam się ciut niezręcznie (choć to on powinien biorąc pod uwagę cenę jaką podali), ale generalnie rozmowa była bardzo przyjemna.

Idzie weekend, temperatury dobijają 95F. Wilgotność chwilowo trochę spadła, ale nawet nocą ciężko jest oddychać, klima chodzi na okrągło. Dziś Jennie poszła po lunch żeby zaoszczędzić mi wychodzenia z budynku "w to zabójcze promieniowanie" jak określiłam światło słoneczne. Nabijają się ze mnie, że to wczesne stadium wampiryzmu, ale sami przyznają, że jest ciężko wytrzymać.
Tymczasem na moim biurku wciąż stoi maskotka miśka polarnego (nazwałam go Hellfjord) a na szafce wisi zdjęcie krajobrazu Lofotóf. Może jeszcze kiedyś trafię gdzieś gdzie jest lepsza pogoda.

Dziś ze względu na pogodę oddałam auto Przemkowi zapowiadając, że poczekamy z Korlat, aż on wszystko pozałatwia i po nas przyjedzie. I zgadnijcie co: Ponad 12 h w pracy, a ja i tak jeszcze musiałam przedłużyć o 15 minut. Ostatecznie było warto. Już się nie mogę doczekać kiedy powtórzę to doświadczenie!

Gosiu, Alqua:  




Po lewej standardy w klasycznej Elisie, po prawej ta sama detekcja na beadsach z immobilizowanym przez mnie przeciwciałem. (Oznaczenie ilościowe nie wychodzi ze względu na straty w ilości beadsów podczas płukań, ale czułość była na poziomie 0.2 pg/ml) Czyli wydaje się, że chemia działa...



Miłego weekendu!


*Podobno ktoś oskarżył go kiedyś o mobbing 




1 komentarz:

  1. To czułość całkiem niezła. Jesli dobrze pamiętam wczesniej skarzyłas się na wyniki o kilka rzędów wielkosci gorsze?

    Za to pipeta ośmikanałowa przywodzi mi na myśl Szwecję <3

    OdpowiedzUsuń