Tak to zazwyczaj bywa, że kiedy pracy jest mnóstwo, na głowę spadają kolejne sprawy.
Przynajmniej jedna - samochód - spadła na nas na własne życzenie, ale wysiłku było dużo, żeby kupić mniej-więcej to co chcieliśmy. (A raczej to co chciał Joshua.) W końcu się udało. Ale o tym co i jak to niech współwłaściciel i główny użytkownik napisze. Ja tylko od podpisywania papierków i dzwonienia do agenta ubezpieczeniowego jestem*, jeździć tym paskudztwem** raczej będę niewiele.
Jak już przy jeżdżeniu jesteśmy, to wspomnę tylko, że załatwiam właśnie dwa wyjazdy służbowe, jeden tylko na jeden dzień, ale drugi tygodniowy. Mam nadzieję, że będą owocne. Zwłaszcza drugi - w USDA - może być fajny.
Mój projekt dalej tkwi w tym samym miejscu, gdzie utknął dobre dwa i pół miesiąca temu. Na tym tle chyba jeszcze bardziej frustrujący jest naprawdę dobry wynik, który opisałam niedawno... Dlaczego tamto działa, a moje wysiłki spełzają na niczym? To nielogiczne, wszystko jest tak samo!
A może nie?
Wczoraj dowiedziałam się, że odczynniki, których używam są... po prostu do niczego. Czasem działają, czasem nie. A przecież nie są tanie a i producent duży i znany. Jak to w ogóle możliwe?
Jestem naprawdę wkurzona, bo teraz muszę powtórzyć całe serie doświadczeń zmieniając tylko producenta potrzebnych reagentów. A wszystko to czym szybciej, tym lepiej. A akurat teraz (znaczy za tydzień) planujemy przedłużyć sobie weekend do 4 dni i wybrać się w odwiedziny do koleżanki poznanej przez psiopomocowe forum jeszcze kiedy byłam w Polsce.
Tą śliczotę wyciągniętą ze schroniska w którym spędziła dobrych 5 lat dla niej tymczasowaliśmy przez prawie miesiąc, zanim poleciała do USA.
Mam nadzieję, że mój szef jakoś przełknie fakt, że na labowym spotkaniu będę tylko wirtualnie. (Całkowita nieobecność nie przejdzie. Jest łączność, uczestniczyć trzeba, choćby i online.)
Choć tyle, że psie sprawy możemy chwilowo uznać za zamknięte: skóra na łapie - co zadziwiające - się zrosła. Mamy jeszcze ograniczyć psie szaleństwa, ale poza tym jest dobrze. Wynik histopatologii też jest dobry.
Jestem naprawdę pod wrażeniem. Taki kawał skóry wycięty, tak ładnie zszyte i elegancko się pozrastało. Blizna jest zadziwiająco mała jak na Korlat. Nie wiem jak dr Koc to zrobił, ale ewidentnie przemieszczał kawałki, bo szwy biegły w wielu kierunkach.Wynik histopatologii jest dobry, margines czysty, chyba jest po sprawie.
Tymczasem takie coś przyszło pocztą. Joshua skwitował krótko "przysłali by lepiej certyfikat zamiast śmieci".
No tak, zdecydowanie bardziej przydatny byłby certyfikat. Tymczasem zdążyło dotrzeć już zaproszenie na kolejny semestr, a tego najważniejszego papierka wciąż nie ma.
Przy okazji, bo nie wiem czy o tym pisaliśmy, ale te wielkie uroczystości rozdania dyplomów, to ściema jest! Jennie nam powiedziała, że tak naprawdę rozdają wtedy OKŁADKI! Na dyplom trzeba poczekać. No, to punkty idą dla polskiego szkolnictwa. Na rozdanie dyplomów czeka się znacznie krócej i nikt nie robi pokazówki z okładkami.
Jak dobrze, że jest już weekend. Dawno nie czułam się tak zmęczona.
* Tak, samochód ubezpiecza się przez telefon. Wystarczy zadzwonić, przedstawić się, podać VIN i już. Agent pyta jeszcze czy na takich samych czy na innych warunkach jak poprzedni samochód, oblicza kwotę do zapłaty. Chwilę później przychodzi mail, drukuje się papierek z potwierdzeniem i zrobione.
**Wiem, mogło być znacznie brzydsze. Gust Amerykanów jest dla mnie nie do ogarnięcia. (Zwłaszcza wszechobecne pseudo-chromowane elementy, mające jak sądzę pełnić rolę ozdobną, zaś mnie kojarzące się z odpustową zabawką, z której za chwilę błyszcząca farba odejdzie i odsłoni biały plastik kiepskiej jakości. I nawet kolor nie jest zły. Tutejsze "dark cherry" jest chyba najpaskudniejszym możliwym malowaniem na świecie. A poza tym ma V8 więc już za samo to nie może być takie złe...)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz