Zatrzymaliśmy się u koleżanki z psiego forum. Tylko dzięki jej zaproszeniu mogliśmy zabrać na taką wycieczkę nasze suczydło: było gdzie i z kim ją zostawić nawet na cały dzień.
Sabina ma swoje dwa maluchy: Daisy i Maję. Poza jednym, nieznacznym incydentem, kiedy to musieliśmy wyplątać Maję z pomiędzy Korlackich zębów, obyło się bez kłopotu. Muszę tu jednak zaznaczyć, że to Maja zaczęła i że Korlat jedynie wyjaśniła jej, że skakanie na nią z zębami, choćby i sześć razy mniejszymi niż jej własne, jest niedopuszczalne. Maja wnioski wyciagnęła i od tej pory trzymała się na dystans.
Do NY pojechaliśmy z Przemkiem pociągiem. Jakieś 30 - 40 minut na Penn Station.
Z tamtąd metro i 3 minuty spaceru, kierując się na najwyższy budynek, Freedom Tower.
Tak wygląda z dołu.
A tak Nowy York wygląda z góry.
Później popłynęliśmy pozdrowić statuę. Przy okazji można było zrobić fotki Manhattanu z pewnej odległości.
Na koniec przespacerowaliśmy się time square. I ta część podobała mi się najmniej. Hałas, tłum i dym z papierosów przyćmiły prawie wszystkie uroki tego miejsca.
Joshua i Rockefeller Center
Za to wracając promem jeszcze raz mogliśmy podziwiać Manhattan.
Dzień był bardzo długi i naprawdę męczący. Do domu wróciliśmy około 11, a spać znów poszliśmy po 2.










Widzę Jeszu przy swoim przyszłym miejscu pracy (Rockefeller Center) ;)
OdpowiedzUsuńRobi wrażenie.
OdpowiedzUsuń@ Big Boy: no nie wiem, ten mój uduchowiony wzrok chyba sięgał wyżej...
OdpowiedzUsuńDobrze, dobrze. Trzeba wysoko mierzyć ;)
Usuń