sobota, 30 lipca 2016

Prawo jazdy zamiast karty kredytowej

Można? Można! Przed wyjadem do SF Ewa się przepakowała, i jak zrobiła miejsce w portmonetce, to karta kredytowa z jednego z naszych "głównych" sklepów ciuchowo-mieszkaniowych została w domu. Pojechaliśmy na zakupy po ręczniki więc - bez karty. Przy kasie lekka konsternacja: z kartą powiązane są rabaty, w końcu po to sklep kartę emituje (i bierze przy okazji na siebie ryzyko niewypłacalności klienta), aby klient jej używał. Rezolutna kasjerka zapytała tylko czy przypadkiem zapominalska posiadaczka karty ma przy sobie prawo jazdy, po czym po podaniu SSN (przypominam: nr ubezpieczenia społecznego, który tu poza zasadniczą funkcją robi za pesel i nip) i podpisaniu rachunku, voila! Mogliśmy zabrać ręczniki do domu.
A dziś przyszła - chyba po raz kolejny, ale nie są nachalni, więc nie dam głowy - kolejna oferta karty kredytowej, ze spożywczaka w którym czasami robimy zakupy (chociaż większość jednak ja robię wychodząc z pracy, czyli u siebie w Walmarcie). Pewnie nie weźmiemy, bo po co. Mój bank za to ostatnio docenia... moją Żonę. Ja nie dostaję od nich nic, za to dla Niej doszli już do tej lepszej karty w ofercie. Grunt to mieć w tym kraju dobrą zdolność kredytową.

Rower, kolt - nazwy używane jako ogólne dla przedmiotów, a pochodzące przecież od jednego producenta, zazwyczaj pierwszego na rynku lub też w chwili zaistnienia w języku. Oglądam właśnie odcinek serialu, w którym pojawia się wypowiedź niezrozumiała bez znajomości lokalnego języka; marker (w znaczeniu pisaka o szerokiej końcówce) określany jest w tym kraju bowiem zwyczajową nazwą "sharpie" - producenta, który zdaje się dominuje na rynku. Taka tam lokalna ciekawostka. Swoją drogą gros marek, które znamy od nas jako te droższe - jak wspominane kiedyś Wranglery, ale też chipsy Frito Lays i mnóstwo innych są tu właśnie tymi najtańszymi produktami w kategorii. Ot, skala produkcji masowej. Reszta jest już droższa i bardziej niszowa.

Inne lokalne ciekawostki w obrazkach:


 Droga w remoncie, fragment obwodnicy pomiędzy naszymi dwoma miastami, moja droga na roboty. Już kiedyś Ewa zwróciła uwagę, że jak na jezdnię z pasami rozdzielonymi betonową barierą, to znak z zakazem wyprzedzania wydaje się być nieco nadmiernie asekuracyjnie ustawiony.


Pozostając przy motoryzacji: samochód jednej z sąsiadek. Podobnym poruszają się mieszkańcy apartamentu naprzeciwko nas. Nie ogarniam tego, albo raczej widzę tylko jedno uzasadnienie: samochód w znacznie lepszym stanie kosztuje niewiele więcej, niż powiedzmy 2, góra 3 tutejsze czynsze; chyba jedynym wyjaśnieniem może być fakt, że mają czeki mieszkaniowe z pomocy społecznej. Ale wyobrażacie sobie taki złom jadący po ulicy w Krakowie?


Ciągle zostajemy na drogach, wszak to dominujący element naszego płaskiego krajobrazu i funkcjonowania na rozległych obszarach miast. Tu widoczek spoza miasta: po co jeździć kamperem, skoro sobie można zabrać dom ze sobą? Nie wiem, jaki koncept przyświecał owej przeprowadzce, ale faktem jest iż na drodze robiła wrażenie.


Chyba nie było okazji, więc zamieszczam fotę makiety West Lafayette czyli tego z którego się wyprowadziliśmy, ale oboje nadal pracujemy, z hallu jednego z budynków uniwersyteckich. Na południu uniwerek i fabryka Subaru, na północy nie zmieściło się nasze dawne mieszkanie.


To ze spaceru: słabo widać korbkę na dole, ale to automacik odtwarzający informacje o tutejszych ptaszyskach, ulokowany na pomoście widokowym nad jeziorkiem na Celery Bog. Działa po wykręceniu korbką odpowiedniej ilości prądu, czym się przez chwilę zabawiałem.


Centrum miasta czy nie, ale golfa poćwiczyć mus. Zaplecze jednego z klubów, nazwijmy to, aktywności fizycznej (wszelakiej), widok ze skrzyżowania.


Jeszcze nie było, to wklejam: w środku nas nowy środek transportu zbiorowego. Prawda, że wcale nie jest wielki..?


A tu w porównaniu do Miniaka Ewy. Trochę perspektywa zakłamuje, ale i tak robi wrażenie gabarytami, chociaż główną rolę gra wysokość. Jest raptem 4 cale dłuższy i 2 szerszy od poprzedniej naszej Toyoty, ma też minimalnie większy promień zawracania (jakąś stopę, przy 35-36).

Na deser fota dla Seji'ego, pt. jak to robią Amerykanie:


4 komentarze:

  1. Tortury są zakazane, wiecie? A nie, wróć, USA... :P Kiedyś sobie s'more zrobię. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no tak, pewnie takich w starym kraju też nie ma: https://i5.walmartimages.com/asr/d5004bf6-74c5-4b03-89fe-1a7eeb2e6a3a_1.a64c960ebca6e4b97ff35ab3f0f8262e.jpeg?odnHeight=450&odnWidth=450&odnBg=FFFFFF
    a to swoją drogą przykład innego typu ciekawostki przyrodniczej: połowa np. lodów w tym kraju ma "smaki" innych słodyczy. batoników, czekoladek, itd. ale połowa z nich to odmiany czekoladowych, bo z owocowych uznają trzy na krzyż

    OdpowiedzUsuń
  3. Oreo na szczęście nadają się tylko na spód do tarty z masłem orzechowym. ;)

    Z lodów polecam wszelkie ciasteczkowe. Pyszności.

    OdpowiedzUsuń
  4. Lody... 95% z nich ma w składzie syrop kukurydziany. Pozostałe 5% ma 4 razy mniejszą objętość i 2 razy wyższą cenę. Ciasteczkowe były ciekawe - dopóki mogłam jeść te klasyczne. Teraz wybór mam mocno ograniczony.

    OdpowiedzUsuń