Już w sobotę wieczorem gospodyni zapowiedziała nam, że jeśli mamy ochotę jeszcze cokolwiek zwiedzać w niedzielę, to bez niej - bo ona już nie ma siły po naszym spacerze po Manhattanie w popołudnie. Kolejny dzień zapowiedział się więc głównie leniwie. Odespaliśmy, uznaliśmy następnie iż psu się też należy coś ciekawego - był więc długi spacer w niewielkim okolicznym lasku w Clark, NJ. Przekonani przez Sabinę, że nie ma żadnego zagrożenia dla zwierzaków, w każdym razie naszych, pozwoliliśmy Korlat radośnie zwiedzać okolicę bez uwiązania na smyczy. Efekt był łatwy do przewidzenia; po pierwsze w czymś się wytarzała, chociaż nie było za bardzo widać śladów na sierści; po wtóre zaś pogoniła zjawę ze ścieżki - sarenkę. No tak, "potwory" Sabiny gonią co najwyżej wiewiórki. Po kilku minutach dostarczony przez nas potwór wrócił, szczęśliwy jak wszyscy diabli, mokry, "pachnący" wodą z pobliskiego bajora i cały zarzepiony. Nawet z jakimś zielonym badylem owiniętym wokół szyi.
Po wypraniu psa postanowiliśmy jednak zwiedzić jeszcze coś, wiedząc że kolejna szansa nie trafi się szybko. Spóźnieni na kolejkę przypadkowo i na szczęście zjedliśmy coś przez wyprawą, bo potem nie było okazji. Swoją drogą niektóre pomysły są tu równie absurdalne jak u nas - kolejka w niedzielę jedzie 2x na godzinę, w odstępie... kilku minut. Nauczeni doświadczeniem ominęliśmy tym razem wyjście na koszmarne ulice Manhattanu, co było tym łatwiejsze, że do Muzeum Historii Naturalnej wchodzi się prosto z peronu metra.
Zanim wybraliśmy muzeum, trochę trzeba było się zastanowić; w końcu na więcej nie było już czasu, a jednak jest tu wiele ciekawych rzeczy. American Museum of Natural History jest czymś pośrednim, a może raczej konglomeratem kilkunastu dziedzin naukowych: począwszy od antropologii, poprzez archeologię, etnografię, biologię na różnych poziomach, po sale z kamyczkami pochodzenia ziemskiego i kosmicznego. Trudno nawet w kilku słowach odpowiedzieć na pytanie co tam jest - w zasadzie wszystko. Pierwsze zaskoczenie spotkało nas jednak na początku, przy kasie: bilety są płatne według uznania. Muzeum wyliczyło, że $22 za podstawowe wejście - czyli bez tzw. atrakcji specjalnych - to dla nich kwota zadowalająca, ale można płacić mniej lub więcej jeśli ktoś uważa za stosowne. My zapłaciliśmy $1, bowiem pani kasjerka uznała, że zostało do zamknięcia nieco ponad 1.5 godziny, za kilka minut wejście w ogóle jest bezpłatne, więc nie będzie nas kasować, bo i tak nie będziemy mieć czasu na wszystko. Kompletne zwiedzanie ze wszystkimi atrakcjami specjalnymi jest tu liczone na 5 godzin, ale po mojemu to chyba na wycieczkę typu "Europa w 5 dni" dla Amerykanów. Sama lektura opisów w salach archeologiczno-etnograficznych i obejrzenie ich z pewnością zajęłoby mi więcej czasu, nie mówiąc o pozostałych.
Tym niemniej należy uznać, że jest to pierwsze na tym kontynencie muzeum, które naszym zdaniem zasługuje na swoją nazwę - dotychczasowe były co najwyżej wystawkami dla dzieciaków, tutaj w końcu zobaczyliśmy wystawy przygotowane dla dorosłych ludzi, wyposażonych w nieco wiedzy i umiejętności skupienia się na czymś innym niż ruchome korbki i zabawki. Zdecydowanie było warto.
Wyrzuceni z muzeum przez strażniczki pięć minut przed zamknięciem, wyszliśmy prosto do Central Parku. Znów miłe zaskoczenie: to coś nie jest parkiem w klasycznym, amerykańskim rozumieniu kawałka terenu miasta wolnego od zabudowy, ale prawdziwym miejscem obsadzonym starymi drzewami, z haszczami, trawnikami, alejkami nie tylko asfaltowymi, chociaż z ucywilizowanymi stawami po których można sobie powiosłować. Mimo wszystko, pomiędzy wieżowcami, zaskakujący był widok żebrzących od ludzi żarcie szopów. Przy okazji: uznawane są one tu za szkodniki, moja koleżanka z nocnej zmiany rzuciła kiedyś wymianie zdań o broni że ma w domu 5 sztuk, w tym śrutówkę na "raccoons".
Tak, wiem, osłona przeciwsłoneczna weszła w obiektyw. Ale i tak dla mnie widoczek robił wrażenie.
W drodze powrotnej pozwiedzaliśmy znów metro, które z racji jakichś remontów przewiozło nas najpierw spory kawał na północ, zanim mogliśmy pojechać na swoje miejsce na południe i południowy zachód, do New Jersey. Zorientować się jakoś daliśmy radę, chociaż jeszcze w pierwszą stronę nasze nieco zagubione osoby zostały uspokojone co do właściwego kierunku przez parę sympatycznych gejów. Ewa jakoś nie zwróciła uwagi na ten aspekt zachowania sąsiadów z ławeczki.
A, nie załapaliśmy się na niewątpliwie widowiskową Paradę Równości, jedynie tłumy z chorągiewkami i innymi tęczowymi akcesoriami towarzyszyły nam aż do powrotu na stację do samochodu.
Fota poniżej: występy gościnne w metrze, tutaj - zestaw śpiewno-taneczny. W innych wagonikach trafiali się nam żebrzący o kasę, albo sprzedający batoniki podobno zbierający dla dzieci. Jak to już bywało w dużych miastach - jak Buffalo z ub. roku - widać znacznie więcej biedy, takiej skrajnej jak bezdomni, niż w naszej okolicy.
Fota poniżej: występy gościnne w metrze, tutaj - zestaw śpiewno-taneczny. W innych wagonikach trafiali się nam żebrzący o kasę, albo sprzedający batoniki podobno zbierający dla dzieci. Jak to już bywało w dużych miastach - jak Buffalo z ub. roku - widać znacznie więcej biedy, takiej skrajnej jak bezdomni, niż w naszej okolicy.
Nieco podsumowując dotychczasowy etap, czyli prawie koniec: nie jest tragicznie, chociaż trzeba dobrze wybierać rzeczy warte zwiedzenia, żeby nie marnować pieniędzy. Bilety są raczej drogie, zwłaszcza jak się liczy po kilka na każde wejście - to nie parki narodowe, gdzie roczna wjazdówka na samochód kosztowała nas $80. Niestety miejsc wartych zobaczenia jest znacznie mniej, niż tych które należałoby omijać, kompletnie odbiegających od naszej europejskiej czy polskiej wizji placówek muzealnych. Nawet AMNH dziś zwiedzane jest w sumie dziwne - obok siebie sale poświęcone pozostałościom po kulturach Ameryki Środkowej, historycznej Japonii czy Syberii (w skrócie), ale też ssaki Afryki, wystawa meteorytów, mineralogiczna, itd. A do tego dinozaury, laboratorium DNA z którego musiałem Ewę przegonić, tłumacząc pracującym techniczkom iż ona jest biofizykiem i proszę mi jej nie zmuszać do pracy w trakcie zwiedzania, i inne. Szwarc, mydło i powidło, jak mawiała moja babcia. Ale przynajmniej na wyższym poziomie, niż oddział przedszkolny w wyklętym Muzeum Nauki i Przemysłu w Chicago.
Tu jeszcze maski z wystawy Indian północnoamerykańskich.
Uzupełnienie pierwszego dnia, czyli Pittsburgh
Z racji porzucenia żony z psem na pastwę spacerowiczów, zwiedziłem (biegiem) lokalne muzeum historyczne, rzekomo w Forcie Pitt, stojącym w miejscu zalęgnięcia się osady. Fort jest jednakowoż współczesny, a ponadto tylko w kawałku. Jedyny autentyczny fragment fortyfikacji to ten blockhaus:
Resztę zwyczajowo, jako pozostałości po ciemiężcach (Bryci) sprowadzono do kupki cegieł w błocie.
W Środku też tak sobie, zasadniczej wystawy nie wolno fotografować, nie wiedzieć czemu - normalnie nie przeszkadzają, tylko czasami proszą żeby bez lampy.
W sumie to jedno z tych miejsc, które niby warto odwiedzić, ale jak już człowiek wejdzie, to żałuje nawet tych kilku dolców na bilet. Nawet nie mieli żadnych fajnych pamiątek do kupienia...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz