W czwartkowy wieczór niebo się zamgliło. Niestety, gdyż ze względu na dość wczesny wylot (13:05) piątek miałyśmy wolny, a ja zaplanowałam wyjazd na wzgórze z którego roztacza się piękna panorama na całe San Francisco.
Wstałyśmy o 7 rano. Było to trzy godziny później, niż planowałam, ale liczyłam, że kiedy wyjdzie słońce mgła się rozproszy. Do ósmej wciąż się nie rozproszyła. No cóż, dojazd zajmuje trochę czasu, więc może jeszcze... Pojechałyśmy licząc na późniejszą poprawę warunków.
W drodze - przejeżdżając przez Golden Gate - pstryknęłam kilka fotek. Są mało wypoziomowane, ale przy dużej prędkości przejazdu nie bardzo był czas na przemyślane zdjęcia.
Później skierowałyśmy się na wzgórze.
Widok na miasto nie powalał.
Później pojechałyśmy jeszcze pochodzić po mieście i coś zjeść.
Niestety w okolicy nie bardzo było gdzie zjeść. A jak już było, to były tłumy ludzi. Postanowiłyśmy więc znaleźć coś innego gdzieś dalej. Wyszukałyśmy fajne miejsce, wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy. Zaparkowałyśmy całkiem blisko i już miałyśmy udać się do knajpy za rogiem, kiedy okazało się, że limit czasu parkowania to 30 minut. No nijak zjeść się nie da. W poszukiwaniu innego parkingu wpakowałyśmy się w uliczkę, która moment wcześniej została skutecznie zablokowana przez lawetę. To jeszcze byłoby pół biedy. Problem był w tym, że przeciskając się pomiędzy samochodami, które zawróciły, jadącymi po moich obu stronach (co z tego, że pod prąd), miałam w głowie tylko jedną myśl: "nie chcę, żeby mi porysowali samochód z wypożyczalni ostatniego dnia!" Jakimś cudem udało się. Znalazłyśmy nawet miejsce parkingowe i poszłyśmy do knajpy. Tym razem miałyśmy tam trochę dalej. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, okazało się, że knajpa jest w trakcie przenosin na inne miejsce - nawet nie tyle zamknięta, co nieistniejąca. Został tylko szyld. Trochę się wkurzyłyśmy. No ale trudno. Ustaliłyśmy, że zahaczymy o pobliski Starbucks, żeby choć czegoś się napić i skorzystać z toalety. Zaraz po wejściu do Starbucksa zauważyłyśmy karteczkę, że... toaleta jest nieczynna z powodu awarii.
Zaczynał się nam kończyć czas.
Postanowiłyśmy odpuścić szukanie knajpy i jechać na lotnisko.
Postanowiłyśmy odpuścić szukanie knajpy i jechać na lotnisko.
Po drodze tankowanie - tu bez niespodzianek - oddałyśmy samochód i poszłyśmy na lotnisko. Oczywiście nie udało się nam nic zjeść, trzeba było pakować się do samolotu do Las Vegas. Tam miałyśmy mieć ponad 2 h na przesiadkę, więc akurat na tyle czasu, żeby spokojnie coś zjeść.
Lot Oakland - Las Vegas miał swoje uroki. Oczywiście tuż przed naszym wylotem mgła znikła... więc na koniec miałam widok z góry na miasto - choć inny, niż był w planie.
Lot Oakland - Las Vegas miał swoje uroki. Oczywiście tuż przed naszym wylotem mgła znikła... więc na koniec miałam widok z góry na miasto - choć inny, niż był w planie.
A później jeszcze na Dolinę Śmierci, która zrobiła na ans takie wrażenie rok temu.
Po wylądowaniu w Las Vegas - zaraz po zalogowaniu do sieci komórkowej - dostałyśmy wiadomości, że nasz lot opóźni się o kolejne 2h. No dobra, przynajmniej zjemy. Ehe, to spróbujcie znaleźć coś jadalnego dla kogoś, kto jest uczulony na praktycznie każde mięso i kukurydzę na lotnisku w USA...
Poszukiwania lokalu (z przebijaniem się przez menu i wypytywaniem, czy to co podają zawiera syrop kukurydziany) trwały blisko godzinę. W końcu udało się! Jedno danie w jednej knajpie miało szansę być bezpieczne. Jak się później okazało, nie było.
Na wychodzenie z lotniska mimo wszystko nie było czasu, ale kiedy zerknęłam na monitor podający warunki panujące na zewnątrz, całkowicie mi się odechciało. 109 F czyli 43 C. I pełne słońce. Nie jestem pewna, czy Nevada podoba nam się tak bardzo, żeby tam chcieć zamieszkać.
Na wychodzenie z lotniska mimo wszystko nie było czasu, ale kiedy zerknęłam na monitor podający warunki panujące na zewnątrz, całkowicie mi się odechciało. 109 F czyli 43 C. I pełne słońce. Nie jestem pewna, czy Nevada podoba nam się tak bardzo, żeby tam chcieć zamieszkać.
Po wylądowaniu w Indianapolis czekała nas jeszcze jazda do Lafayette. Klimat dnia został utrzymany, okazało się, że nasza rezerwacja załatwiona przez ludzi z uniwersytetu z jakiegoś powodu nie istnieje w systemie, choć Carmen miała jej potwierdzenie. Po północy nikogo już nie było przy okienku, a z automatem dyskutować się nie da, na szczęście pani wydająca samochód mogła wszystko wyprostować, ale straciłyśmy godzinę. Za to dostał się nam Fiat 500. Choć na koniec miły akcent.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz