poniedziałek, 4 lipca 2016

Dzień powrotu: Ewa za kierownicą "pijaka"

To nie tak, że nie pozwalam żonie prowadzić samochodu. Raczej staram się ją wyręczyć w niekomfortowym zajęciu, chociaż jakoś dziwnym trafem często umyka mi, że ona też lubi jeździć. No, ale jak rano zaspana, potem słońce w oczy, to można się zasiedzieć za kółkiem... W tamtą stronę jeszcze nałożyła się na to prawdopodobnie alergia pokarmowa, czuła się kiepsko zapewne po oruciu przeze mnie tortillami z serkiem Philadelphia, o którym zapomniałem iż jest "alergicznie podejrzany". Trochę sobie odbiła w drodze powrotnej, jak już mi przypomniała że za długo prowadzę.
Z pijakiem natomiast było tak: chciałem amerykańskiego SUV-a, ale Toyota była na tyle dobra i niezawodna, że nie było sensu jej sprzedawać. Tylko plany urlopowe zmieniły sytuację: sedanem w 4 osoby plus pies nie pojechalibyśmy. Próbowaliśmy sprzedać naszego nudnego japońca już kilka razy, znaczy ja próbowałem; w końcu udało się Ewie, na tyle niespodziewanie, że nie mieliśmy nic nagranego do kupienia. O to z resztą trudno, okazje pojawiają się i znikają szybko, wiszące długo ogłoszenia z reguły nie są interesujące. Tak nam uciekł Ford Explorer pod Indianapolis, w ciągu weekendu, a w zasadzie zaraz po - jak się umówiłem na oglądanie, to facet przestał się odzywać, a potem nie było już po co jechać. Inni "sprzedający" zamieszczają ogłoszenia z wadliwym kontaktem, albo przestają się odzywać po jednej rozmowie. Koszmar. W końcu wybraliśmy się do Chicago, mimo zdecydowanej niechęci, bo poprzednio przy szukaniu samochodu dla Ewy straciliśmy dzień bez sensu na oglądanie złomów. Tym razem pojechaliśmy oglądnąć tylko dwa samochody, przy okazji wyciągania korlackich szwów z łapy. Jeden wydał nam się podejrzany. Najprawdopodobniej (moim zdaniem) był naprawiany po poważnym wypadku, uciekliśmy stamtąd jak sprzedawca zażyczył sobie zapłacenia $50 za tablicę dealerską na przejechanie się do mechanika. Ewidentnie próbował zarobić chociaż na piwo, wiedząc że ze sprzedaży nici. Drugi prezentował się dobrze. Zabraliśmy go do warsztatu na kontrolę i po sprawdzeniu kupiliśmy. Ale to dopiero kolejnego dnia, bo pierwszego pomimo umówienia się wcześniej, wystawili nas do wiatru, czyli samochód sobie gdzieś zabrał któryś z pracowników. Miałem później poważne wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem, ale jakby nie było objechał bez problemów 1600 mil do NY i odwiózł nas bezpieczenie do domu. Tak oto jesteśmy właścicielami kremowego (bo biały nie jest) Mercurego Mountaineera V8, czyli takiej bogatszej wersji Explorera, tylko bez terenowego napędu. Za to ma nawigację (z nieaktualnymi mapami, na razie) i dvd. To ostatnie póki co mogłoby być dla psa, ale Korlat nie ogląda bajek. A pijakiem został, jak się okazało, że na autostradach robi tylko 18.5 MPG, co oznacza spalanie nieco poniżej 13 l/100km. Na zdjęciu "ulubiony" ekran komputera pokładowego w czasie podróży, czyli za ile musimy znów dać gadzinie pić. Co ciekawe, pokazując do przejechania raptem 50 mil, daje się zatankować niecałe 19 galonów, czyli ta sama zabawa w kotka i myszkę, co w Toyocie - zbiornik ma wg. danych fabrycznych 22.5 galonu.


Tymczasem w poniedziałek czekało nas kolejne 12 godzin za kierownicą, plus postoje i przynajmniej jeden dłuższy odpoczynek dla Korlat, plus moje zwiedzanie Gettysburga. W opisie było wprawdzie, że teren jest "spacerowy" jeśli chodzi o oglądanie, ale w praktyce główne co można zobaczyć, to muzeum w budynku głównym, a teren trzydniowej bitwy ogląda się z autobusów. Zwyczajowo bilety są sprzedawane na "wejście zasadnicze" i atrakcje dodatkowe, w tym przypadku chcąc zwiedzić muzeum - musiałem zabulić za film "propagandowy", na który nie miałem czasu ze względu na czekającą na zewnątrz Ewę z Korlat. Nie ma chyba czego żałować, filmy można oglądnąć w domu, książki też poczytać, a tam warto było zobaczyć wystawki z uzbrojenia i umundurowania z bitwy.






I w zasadzie to byłoby na tyle. W podsumowaniu: wszędzie jest ładniej i fajniej, niż u nas - w każdym razie ze wszystkich miejsc zwiedzonych do tej pory. Są muzea, miasta, górki i pagórki (na których pijak chłepcze więcej), lasy, jeziorka. Tylko u nas są pola kukurydzy i przez setkę mil wokół - nic poza nimi.
Poza tym: wielkie miasta są wprawdzie śmierdzące i hałaśliwe, ale też przypominają nieco, że poza Lafayette cywilizacja ma się nieźle, a ludzie potrafią budować z betonu i czasami nawet szkła. Albo przynajmniej nie tylko w stylu kolonialnej wioski, z sidingami. Znajomy architekt, który onegdaj stwierdził iż chciałby wreszcie projektować z czegoś więcej, niż tylko suszonego błota, nie byłby na naszych kukurydzianych pustkowiach zachwycony...


To akurat z Pittsurgha, widoczek z ulicy na szczycie wzgórza z parkiem widokowym na miasto. Niby nic, a ucieszyło moje oko.

Poza tym: wycieczki należy planować, a przynajmniej wiedzieć co się chce zobaczyć. Przydaje się rozeznanie w godzinach otwarcia, bo można się zdziwić. Ceny biletów bywają stosunkowo wysokie, jak na tutejsze standardy - znów jest to dość zaskakujące, bo w Polsce chyba większość tego typu placówek utrzymuje się główne z państwowych dotacji, więc nie ma sytuacji iż bilet kosztuje równowartość dobrych dżinsów. No dobra, dżinsy są tu tanie, patrząc na ogólne stosunki cenowe.
Zaskakuje podejście amerykańskie do wnętrz obiektów turystycznych: na przykład całe obszerne lokale gastronomiczne wewnątrz muzeum, albo kawiarnia i bar na platformie widokowej One World Trade Center. Trochę to psuje efekt widokowy, jak się trzeba przeciskać pomiędzy lodówkami z colą a frytkami.


A tu na pożegnanie, kolejka na wzgórza otaczające Pittsburgh - tam jeszcze wrócimy.

1 komentarz:

  1. 13/100 to bardzooo dobry wynik. Mój explorer na MT robił w trasie jakieś niecałe 20LPG na 100km

    OdpowiedzUsuń