Ciekawostki językowe: Skyler, imię znane jako żeńskie - żony głównego bohatera (albo nawet bohatera negatywnego, jak chyba zdarzało mi się w szkole na języku polskim słyszeć), serialu "Breaking Bad" (jeszcze nie skończyliśmy, popsuł sie po "I won."). Tymczasem oni tu mają porąbane z imionami: w moim sklepie są 2 osoby je noszące: facet i dziewczyna. Bądź tu człowieku mądry.
Podczas mojego pisania w kuchni Ewa podzieliła się tortillą z Korlat. Ta ostatnia złapała za krawędź i puściła na podłogę... Teraz czeka na posmarowanie serkiem. Swoją drogą działa misko-zmian: cokolwiek dostanie do miski, po 2-3 dniach przestaje być ciekawe; optymalne efekty osiągnąć można karmiąc ją co kilka dni czymś innym. Robiąc zakupy ciągle jeszcze pamiętam, ile kosztował pomysł tutejszych weterynarzy, że nasz pies ma alergię pokarmową i musi być karmiony mięsem, jakiego jeszcze nie znała. W tym kontekście kurczak i mielona wołowina nie zdają się być dietą szokującą, zwłaszcza że aby miała w miarę świeże, i tak trzeba gotować na góra 3 dni.
Tymczasem, dla rozluźnienia atmosfery, kilka lokalnych wynalazków i patentów niewidzianych w innych częściach świata. Głównie z racji swojej kuriozalności.
Pluszak w kształcie udka indyka (na kurczaka za duży). Nie wiem komu i po co miał służyć, ale wygląda komicznie.
Kolejny pomysł w tym samym stylu, czyli kalendarz ścienny na cześć bekonu. Zdjęcia, informacje, przepisy. Na cześć usmażonego (lub nie) kawałka świni. Tubylcy bywają błyskotliwi.
To już może nie jest takie kosmicznie odległe od naszych obyczajów, ale ciągle ciekawe. W okresie rozdania dyplomów wszystko tu działa pod ten jeden wątek. Są ciastka i torty, zabawki, setki gadżetów. Przez jakieś dwa tygodnie. Próbowałem sobie dla hecy zamówić sygnet mojego koledżu, ale $400 za zabawkę do szuflady to jednak zdecydowanie za dużo. Wolę breloczki okolicznościowe do kluczy, które jakkolwiek w większości nie noszone, sprawiają radość za znacznie mniejsze pieniądze. Ostatni jest mały z Gettysburga.
A to już świętowanie któregoś tam z kolei dnia pamięci czy innego święta, bynajmniej nie wolnego od pracy. Z resztą tu mało który dzień jest wolny, a jeśli już - to nie dla wszystkich. W każdym razie jutro (bo piszę w niedzielę wieczorem, 7.3 jak tu zapisują czyli "lipca trzeciego") jest największe zdaje się ich święto narodowe, a sklep działa normalnie, bez żadnej przerwy. Jedynie nie ma przyjęć towaru, bo dostawcy nie pracują...
A co do czołgu z kartonów w piwem, to zwyczajowa ozdoba sklepu. W niedzielę nie kupisz tu alkoholu, ale za to nie ma problemu z ustawieniem setek paczek jako zachęty, tak w ogólności. W naszym sklepie nie było tyle miejsca, to na Memorial Day te same kartony posłużyły do ustawienia flagi narodowej. Chyba po to je z resztą drukowali w gwiazdki. Z okazji wyścigów w Indianapolis, bo jakaś okazja większa była, ten sam sklep miał na wejściu komplet wyścigowych opon, do których z kartonów piwa dobudowano wyścigówkę.
Na koniec coś mniej śmiesznego, czyli jak działa nasza pieczątka do zamazywania adresów na otrzymywanej korespondencji (nie było już na blogu?). Oczywiście nie wiemy skąd, ale informacje typu nazwisko i adres są powszechnie dostępne - dosłownie kilka dni po tym, jak zaistniałem w tutejszym systemie (znaczy założyłem sobie własne konto bankowe) i ja zacząłem otrzymywać oferty kredytów, ubezpieczenia samochodu, telewizji czy internetu (również od firmy, której za to płacimy rachunek). Jedynie moim zdaniem, oceniając po tym co teraz dostaje Ewa, a co ja - klasa oferentów jest uzależniona od oceny zdolności kredytowej ofiary reklam. Ja jeszcze dostaję jakieś śmieciowe karty kredytowe, ona już takie z lepszych banków. Jak będą ciekawe, to skorzystamy; ostatnio na przykład odkryliśmy, że nasze punkty lojalnościowe w banku możemy "skaszować" - jak to mówi Bartek - czyli literalnie zamienić na gotówkę. Po półtora roku wyszła całkiem pokaźna kwota, jak "za nic". To nie to samo, co tandetny scyzoryk na stacji benzynowej, za wydanie kasy na cysternę benzyny.
A język muszę poćwiczyć, bo wczoraj (wczoraj to było ze dwa tygodnie temu, jak zaczynałem pisać) zbluzgałem po polsku jakiegoś latynosa, który na naszym zielonym, skręcając, postanowił nam przejechać przed nosami na przejściu dla pieszych. Chyba na codzień radzę sobie coraz lepiej, marnie tylko jak wchodzą tematy, w których mam zbyt ubogie słownictwo, za to zupełnie dotychczasowa rzeczywistość nie przygotowała mnie na komunikację werbalną w tonie agresywnym, w czasie zdecydowanie zbyt krótkim na przemyślenie treści wypowiedzi. Co ciekawe, oboje zauważyliśmy - ja słabiej, bo jeszcze mam więcej do nauczenia się - że otaczające nas komunikaty: rozmowy, gazety, ogłoszenia na słupach, są w zasadzie już naturalne. W sumie to dobrze, mimo koszmarnych ciągle błędów językowych, jakie robię.
Podczas mojego pisania w kuchni Ewa podzieliła się tortillą z Korlat. Ta ostatnia złapała za krawędź i puściła na podłogę... Teraz czeka na posmarowanie serkiem. Swoją drogą działa misko-zmian: cokolwiek dostanie do miski, po 2-3 dniach przestaje być ciekawe; optymalne efekty osiągnąć można karmiąc ją co kilka dni czymś innym. Robiąc zakupy ciągle jeszcze pamiętam, ile kosztował pomysł tutejszych weterynarzy, że nasz pies ma alergię pokarmową i musi być karmiony mięsem, jakiego jeszcze nie znała. W tym kontekście kurczak i mielona wołowina nie zdają się być dietą szokującą, zwłaszcza że aby miała w miarę świeże, i tak trzeba gotować na góra 3 dni.
Tymczasem, dla rozluźnienia atmosfery, kilka lokalnych wynalazków i patentów niewidzianych w innych częściach świata. Głównie z racji swojej kuriozalności.
Pluszak w kształcie udka indyka (na kurczaka za duży). Nie wiem komu i po co miał służyć, ale wygląda komicznie.
Kolejny pomysł w tym samym stylu, czyli kalendarz ścienny na cześć bekonu. Zdjęcia, informacje, przepisy. Na cześć usmażonego (lub nie) kawałka świni. Tubylcy bywają błyskotliwi.
To już może nie jest takie kosmicznie odległe od naszych obyczajów, ale ciągle ciekawe. W okresie rozdania dyplomów wszystko tu działa pod ten jeden wątek. Są ciastka i torty, zabawki, setki gadżetów. Przez jakieś dwa tygodnie. Próbowałem sobie dla hecy zamówić sygnet mojego koledżu, ale $400 za zabawkę do szuflady to jednak zdecydowanie za dużo. Wolę breloczki okolicznościowe do kluczy, które jakkolwiek w większości nie noszone, sprawiają radość za znacznie mniejsze pieniądze. Ostatni jest mały z Gettysburga.
A to już świętowanie któregoś tam z kolei dnia pamięci czy innego święta, bynajmniej nie wolnego od pracy. Z resztą tu mało który dzień jest wolny, a jeśli już - to nie dla wszystkich. W każdym razie jutro (bo piszę w niedzielę wieczorem, 7.3 jak tu zapisują czyli "lipca trzeciego") jest największe zdaje się ich święto narodowe, a sklep działa normalnie, bez żadnej przerwy. Jedynie nie ma przyjęć towaru, bo dostawcy nie pracują...
A co do czołgu z kartonów w piwem, to zwyczajowa ozdoba sklepu. W niedzielę nie kupisz tu alkoholu, ale za to nie ma problemu z ustawieniem setek paczek jako zachęty, tak w ogólności. W naszym sklepie nie było tyle miejsca, to na Memorial Day te same kartony posłużyły do ustawienia flagi narodowej. Chyba po to je z resztą drukowali w gwiazdki. Z okazji wyścigów w Indianapolis, bo jakaś okazja większa była, ten sam sklep miał na wejściu komplet wyścigowych opon, do których z kartonów piwa dobudowano wyścigówkę.
Na koniec coś mniej śmiesznego, czyli jak działa nasza pieczątka do zamazywania adresów na otrzymywanej korespondencji (nie było już na blogu?). Oczywiście nie wiemy skąd, ale informacje typu nazwisko i adres są powszechnie dostępne - dosłownie kilka dni po tym, jak zaistniałem w tutejszym systemie (znaczy założyłem sobie własne konto bankowe) i ja zacząłem otrzymywać oferty kredytów, ubezpieczenia samochodu, telewizji czy internetu (również od firmy, której za to płacimy rachunek). Jedynie moim zdaniem, oceniając po tym co teraz dostaje Ewa, a co ja - klasa oferentów jest uzależniona od oceny zdolności kredytowej ofiary reklam. Ja jeszcze dostaję jakieś śmieciowe karty kredytowe, ona już takie z lepszych banków. Jak będą ciekawe, to skorzystamy; ostatnio na przykład odkryliśmy, że nasze punkty lojalnościowe w banku możemy "skaszować" - jak to mówi Bartek - czyli literalnie zamienić na gotówkę. Po półtora roku wyszła całkiem pokaźna kwota, jak "za nic". To nie to samo, co tandetny scyzoryk na stacji benzynowej, za wydanie kasy na cysternę benzyny.
A język muszę poćwiczyć, bo wczoraj (wczoraj to było ze dwa tygodnie temu, jak zaczynałem pisać) zbluzgałem po polsku jakiegoś latynosa, który na naszym zielonym, skręcając, postanowił nam przejechać przed nosami na przejściu dla pieszych. Chyba na codzień radzę sobie coraz lepiej, marnie tylko jak wchodzą tematy, w których mam zbyt ubogie słownictwo, za to zupełnie dotychczasowa rzeczywistość nie przygotowała mnie na komunikację werbalną w tonie agresywnym, w czasie zdecydowanie zbyt krótkim na przemyślenie treści wypowiedzi. Co ciekawe, oboje zauważyliśmy - ja słabiej, bo jeszcze mam więcej do nauczenia się - że otaczające nas komunikaty: rozmowy, gazety, ogłoszenia na słupach, są w zasadzie już naturalne. W sumie to dobrze, mimo koszmarnych ciągle błędów językowych, jakie robię.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz