czwartek, 14 lipca 2016

San Francisco

Właściwie to już połowa wyjazdu za mną. 
Przyjechałam pracować, ale wieczorami spaceruję. A raczej biegam, gdyż pracę kończę o 17, słońce zachodzi o 20:30 a powrót po zmroku nie należy do wielkich przyjemności.
Mimo wszystko zdążyłam pójść a plażę i zamoczyć nogi w oceanie...





I pstryknąć kilka fotek. Ładna ta okolica, tylko w oddali jakiś most  się w krajobraz pakował...



Więc kolejnego dnia pojechałam oglądać ten most z bliska (i trochę od spodu), z punktu widokowego na Fort Point. 



Wygląda naprawdę super. Wleźć się na niego nie dało - dla pieszych zamykają go po południu. Pstryknęłam tez fotki Alcatraz, ale nie mam jak zrzucić ich w tej chwili. 

Co najmniej podoba mi się w San Francisco? Komunikacja miejska. Z jednego przystanku odjeżdżają góra trzy różne autobusy, zaś linii autobusowych jest w pierniki, toteż na 100 m można znaleźć i cztery przystanki. Google maps kieruje mnie na linię 74, a tu nie ma takiego. No jak nie ma? Jest za rogiem! Każdego dnia sumarycznie pół godziny więcej niz planowałam zajmowało mi znelezienie autobusów. 



Ciag czterech przystanków - jeden za drugim, oznaczonych niepozornymi tabliczkami ustawionymi pomiędzy - bardzo podobnymi - o zakazie parkowania. 

A co mi się podoba? Wszystko poza tym!
Pogoda jest genialna (brak wilgoci i temperatury w okolicy 20C są wspaniałą odmianą)


Wzgórza, niesamowicie strome ulice (filmy nie oddają jak bardzo),
Urocza miejscami zabudowa. To już drugie miejsce (po Nevadzie, która nas urzekła rok temu), gdzie mogłabym mieszkać w USA i czuć się z tym dobrze. (Pewnie nawet lepiej niż w Nevadzie, tamte temperatury są jednak koszmarne.)

 
Zabudowa przy samej plaży. 


uuups... Zrobiła się 12:30, pora spać. Nie chodzi o to, że jutro nie wstanę, ale łatwo mi przestawić się na tutejszy czas, ale po powrocie na nasz - Indiański - będzie trudniej. (U Was już 9:30 rano, a w Indianie 3:30 w nocy). 

Reszta będzie następnym razem. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz