W poniedziałek Joshua poszedł do pracy. Mnie obudził gwizd wiatru. I lekki podmuch na twarzy.
Jako że nasza sypialnia nie nadaje się do uyżytku, śpimy w Korlackiej - pod oknem.
Otworzyłam wewnętrzną szybę, żeby sprawdzić czy zewnętrzna jest zamknięta. Nie była. Niestety okna działają fatalnie, w związku z czym kiedy już ustaliłam, że nie mam siły by domknąć wewnętrzną szybę, zewnętrzna po lewej stronie przyblokowała się tak mocno, że jej również nie byłam w stanie ruszyć. Cudownie. "luxury apartment"...
Po 11 pod oknem zatrzymał się pickup. Cały czas na awaryjnych, z pracującym silnikiem. Dziwne. Ale tylko trochę. Wyglądając przez okno z naszej - zalanej - sypialni zobaczyłam niebieską grubą rurę pociągniętą z pickupa do sąsiedniej klatki schodowej. Aha... Zbierają wodę.
U nas ktoś pojawił się dopiero po południu. Sympatyczny rudzielec z firmy zajmującej się naprawą pozalaniową uznał, że nie ma czego zbierać, trzeba już tylko suszyć. Nareszcie ktoś zrobił to co chciałam mieć zrobione od początku: podniósł tę cholerną wykładzinę. (Sami byśmy podnieśli, ale nam nie wolno. W razie najmniejszego uszkodzenia mielibyśmy przerąbane.) Rudy potwierdził, że pod nią również jest mokro. Ucieszył się, kiedy powiedziałam, że mamy dmuchawę. Spryskał wszystko środkiem antygrzybiczym (solidnie, moja astma od razu dała o sobie znać) i wstawił dmuchawę tak, że dmucha pod wykładziną, susząc i samą wykładzinę i podłogę pod nią. Teraz to faktycznie ma szansę schnąć.
Przy okazji miałam możliwość zobaczyć podłogę pod wykładziną. Jest tam jakaś lekko elastyczna gąbkowa warstwa... czegoś. Dziwnie to wygląda dla mnie - nawykłej do tego, że w mieszkaniu na podłodze jest beton, a na nim kładzie się płytki, panele czy cokolwiek.
Pogoda w Indianie jest delikatnie mówiąc do bani. W poniedziałek lało jak z cebra, wiatr był taki, że parasol w ogóle nie chronił przed deszczem. Ale to i tak lepiej, niż na południu i w Illinois. 40 osób zginęło w ciągu ostatniej doby w tornadach i powodzi. Jako, że u nas się ochłodziło mieliśmy tylko burzę i zalane drogi. No i nie mamy gdzie chodzić na spacer. Nasz spacernik zmienił się w bagno. Można zapaść się w wodzie po kostki. Wokół budynków w otaczającej je trawie ukształtowane są takie jakby rowy. O ile na początku nie zastanawiałam się nad nimi, to teraz już nie mam wątpliwości, że to nie przypadek. Taki mam widok z okna. To brązowe to raźno płynący potoczek. Mamy takich kilka.
Jak się łatwo domyślić przeskoczyć się nie da, a przejść też nie ma jak. Nie żeby było po co chodzić. Korlat jest bardzo słaba. Od tygodnia prawie nie je, praktycznie cały czas śpi.
Skonsultowałam jej stan z naszym wetem z Chicago. Wcześniej dzwoniłam do niego jeszcze w wigilię. Martwiłam się jej stanem, tym, że nie zdrowieje. Tyle, że biegunka przeszła zupełnie. Jedynie apatia i brak chęci do jedzenia nie mijały. Wet wypytał, czy piesa pije. No piła. Nawet się cieszyłam kiedy wróciła biegunka, że zawzięcie chłepcze, że się nie odwodni. Wet miał teorię co może być przyczyną Korlackiej apatii, powiedział, że czasami w takiej sytuacji psy nie piją, ale nie zawsze. Umówiliśmy się, że Jennie (akurat jest w Chicago) odbierze od niego lek, który mamy jej podać.
Diagnoza częściowo potwierdziła się. Po rozmowie zaczęłam obserwować Korlatę jeszcze bardziej. Okazało się, że przestała pić.
We wtorek zaraz rano umówiłam nas w Blair. Jazda do Chicago nie miała sensu. W Blair zbadali psa dokładnie (wszystko jest ok, nawet węzeł chłonny, który był wcześniej powiększony się zmniejszył) po czym powiedzieli, że nie mają pojęcia co jej dolega. Zaproponowali nieśmiało badanie krwi i ewentualnie kroplówkę. Noż kurczę! Wiadomo, że jak nie pije, to trzeba jej podać płyny. Na moje sugestie (Podałam wcześniejszą diagnozę weta z Chicago) odpowiedzieli tylko "Tak, to możliwe". I na tym koniec. jutro będą wyniki badań laboratoryjnych. AAaaaa!
Zostawiłam Korlat w Blair. Co jak co, ale sama dożylnie kroplówki nie podam i pojechałam do domu. Wróciłam do domu akurat na czas, żeby wpuścić panów od dywanów (dziś Rudy był z kolegą). Kontrola wypadła względnie pomyślnie. Względnie, gdyż nie wszystko jest jeszcze suche. Ale dowiedziałam się, że po wysuszeniu planują mój dywan wyprać. Cieszy mnie, że nie działają na "odczep się".
Wieczorem pojechaliśmy po Korlat. Była w lepszej formie, a może tylko cieszyła się, że po nią wróciliśmy? O dziwo po powrocie zjadła! I to nie odrobinkę, tylko prawie normalną michę. Może dalej źle się czuje a może tylko odsypia stres związany z "porzuceniem jej" u weta. Po odespaniu był spacer (znacznie dłuższy niż ostatnie) i deser - kawałek mięsa z bizona. A po deserze... typowo Korlackie dopominanie się o drapanie tylnej części ciała. Czyli jest lepiej. A, zapomniałabym. Wypiła trochę wody!
Zobaczymy jak będzie jutro.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz