środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

...Choć tak porąbanych świąt to jeszcze nie miałam.
Uczelnia dała nam wolne do nowego roku. Josh będzie pracował (z wyjątkiem 25, 27, 30, 1 i późniejszego weekendu. Wolne ma tak poszatkowane, że nic się z tym nie da zrobić.)
Korlacka choroba spadła na nas jak grom z jasnego nieba. W sobotę wieczorem planowaliśmy całodniową wycieczkę wycieczkę do Chicago na wydmy. Chcieliśmy jechać w przyszłą środę (30 grudnia). W niedzielę po południu plan się zmienił: wciąż obejmował Chicago, ale na szybko, po pracy i tylko do weterynarza. Wróciliśmy tuż przed 23, chwilę odpoczęliśmy i poszliśmy spać.

Święta powinny być białe, mroźne i w ogóle, tymczasem "płatki śniegu" mamy tylko w takiej formie:



A ja dziś znów biegam w t-shircie. Jest 17C, a odczuwalna temperatura jest znacznie wyższa. Do tego ogłosili tornado watch. W grudniu! W Arkansas jedna osoba zginęła, a wartości Torcon 8 (80% szans na tornado na określonym obszarze), to nie widziałam jeszcze w prognozach od kiedy tu jestem. Rano wszystko szło w naszą stronę. No i nie obyło się bez kilku tornad, w Indianie również, ale nie w  naszej okolicy.
Oczywiście rano nie wiedziałam jak będzie, więc na pierwsze zakupy (z wizytą w Payless - zwinęłam barszcz z półki "international") wybrałam się zaraz po nastawieniu inkubacji próbki. Tak na wszelki wypadek, gdybym musiała zostać w pracy z powodu pogody.
Na szczęście o 17 byłam już w domu, a burze nas minęły, więc pojechaliśmy po resztę zakupów.

Jedyne, czego nie udało mi się zamówić (z powodu absurdalnych warunków wysyłki) to masa makowa. Mieliśmy ochotę zrobić ciasto z makiem, bo jakoś w święta przyjdą do nas na obiad państwo Kim, czyli Huisung z żoną.  My siedzimy sami, oni siedzą sami, wolne mamy w mniejszym- lub większym zakresie wszyscy a atmosfery świątecznej żadne z nas nie czuje, więc czemu by nie. Oczywiście jedzenie amerykańskie to w takiej sytuacji żadna atrakcja, nasze typowe posiłki nie nadają się na częstowanie gości, więc będzie trzeba ugotować w coś bardziej tradycyjnych polskich klimatach. (Co zdarzyło się nam do tej pory raz, nie wliczając wrobienia mamy w gotowanie pierogów).
Nie będziemy niestety mieli barszczu z uszkami, bo ja jestem za leniwa na robienie, a zamówione uszka nie dotarły. Pewnie Polacy wykupili przed świętami. Trudno, będę musiała zrobić krokiety. Właśnie zbieram się psychicznie na ów akt masochizmu, gdyż krokiety będą z mięsem, a naleśniki do nich zawierają mleko... czyli dwa produkty, których mój organizm nie toleruje nawet widoku, o zapachu nie wspominając. Oczywiście o zjedzeniu ich przeze mnie nie może być mowy. I tak, wiem, że mogą być z grzybami i kapustą, ale nie wiem czy z dostępnych tutaj składników inne niż z mięsem wyjdą naprawdę dobrze.

Korlat - na antybiotyku od niedzieli - czuje się lepiej, choć jeszcze nie całkiem dobrze. Najgorsze jest to, że nie chce jeść. A może chce, ale nie to co powinna. Po południu zlitowałam się i wymieniłam nie ruszoną michę z mięchem i ryżem na... jajecznicę z chlebem. Oczywiście wtrząchnęła do spodu.  Tabletki nie poszły nawet z liofilizowanym bizonikiem. Co ja piszę, bizonik nie wszedł!
Za to prezent od sąsiadów - ręcznie robione psie ciasteczka - już tak.




Zaraz podam jej kolację, może ciasteczko rozruszało choć trochę żołądek.






Wesołych Świąt!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz