Jak to zwykle bywa coś musi pójść nie tak. Tym razem coś to był mój kręgosłup. Wysiadła mi mobilność szyi, ból po kilku godzinach siedzenia stawał się nieznośny. To dlatego w piątek poszłam do lekarza. Dostałam leki, częściowo leczyłam się już sama, miało być dobrze.
W piątek wieczorem pojawiły mi się jakieś krostki na ręce. Swędziało jak diabli, oczywiście rozdrapałam, Ki pieron? ugryzło mnie coś? W grudniu? w domu? Nie przejęłam się za bardzo, nawet wtedy kiedy krostek przybyło i kilka pojawiło się na drugiej ręce (ale nigdzie indziej), pomyślałam, ze to reakcja skórna na płyn do prania, bo akurat coś prałam w rękach.
Sobotnia przeprowadzka poszła nieźle, noc spędziliśmy już w nowym domu. Ruszałam się sztywno, ale zaraz załadowałam w siebie ketonal (który mama zostawiła po wakacjach) i pyralginę (którą rodzice przysłali dawno temu w paczce). Starałam się trzymać idealny pion i jakoś to szło. Przemek i Huisung przywozili, ja rozkładałam lekkie rzeczy. Ogólnie było całkiem ok.
W niedzielę pojechałam na Neil Armstrong Dr. do starego mieszkania, zacząć sprzątanie. Wciąż nie opróżniliśmy mieszkania do końca, ale czas uciekał. Zaczęłam od łazienek. Trochę zeszło, bo trzeba było wyszorować fugi, które tu szybko robią się szare i chropowate od osadzającego się kamienia i doskonale łapią kolor farby do włosów. Druga łazienka poszła szybciej, ale sumarycznie minęło dużo czasu. Wszystko co się dało robiłam w rękawiczkach, bo na moich rękach plamek było coraz więcej, robiły się również na spodniej stronie a w dodatku bolały pod dotykiem. Kolejne pojawiły się na nogach na wysokości kostek. Nie wyglądały na uczuleniowe, ani na nic, z czym bym się kiedyś zetknęła. Doszłam jednak do wniosku, że na plamki nic nie poradzę, więc nie ma się co martwić, a mieszkanie sprzątnąć trzeba.
Później przeniosłam się do kuchni i zaczęłam próby ze zrywaniem tapety. To ostatnie mnie trochę podłamało... moczenie wodoodpornej tapety nie szło jakoś rewelacyjnie. Przekonana, że musi być na to jakiś sposób i tylko trzeba go znaleźć, a będzie dobrze, wróciłam do domu.
W niedzielę pojechałam na Neil Armstrong Dr. do starego mieszkania, zacząć sprzątanie. Wciąż nie opróżniliśmy mieszkania do końca, ale czas uciekał. Zaczęłam od łazienek. Trochę zeszło, bo trzeba było wyszorować fugi, które tu szybko robią się szare i chropowate od osadzającego się kamienia i doskonale łapią kolor farby do włosów. Druga łazienka poszła szybciej, ale sumarycznie minęło dużo czasu. Wszystko co się dało robiłam w rękawiczkach, bo na moich rękach plamek było coraz więcej, robiły się również na spodniej stronie a w dodatku bolały pod dotykiem. Kolejne pojawiły się na nogach na wysokości kostek. Nie wyglądały na uczuleniowe, ani na nic, z czym bym się kiedyś zetknęła. Doszłam jednak do wniosku, że na plamki nic nie poradzę, więc nie ma się co martwić, a mieszkanie sprzątnąć trzeba.
W poniedziałek zaczęłam od lekarza. Dowiedziałam, że złapała chorobę wirusową, na którą zazwyczaj zapadają tu dzieci. Amerykanie nazywają to chorobą rąk stóp i jamy ustnej. Jak dowiedziałam się od naszego rodzinnego pediatry w Polsce mówi się o tym "choroba Bostońska" a liczba zachorowań (dawniej znikoma) gwałtownie wzrosła w ostatnich 3 latach.
W przerwie na lunch oglądnęłam filmik na youtube, gdzie spec najpierw dziurkował tapetę sprytnym ustrojstwem, później moczył wodą ze zmiękczaczem do tkanin, a później odrywał dużymi płatami i zostawała mu goła ściana. Z optymistycznym nastawieniem pojechałam po stosowne urządzenie, kupiłam tez profesjonalny płyn do zdzierania tapet. Ale nawet z tym wyposażeniem nie szło jak na youtube. Tapeta odchodziła małymi kawałeczkami, z trudem, a pod spodem zostawiała drugą warstwę, którą ponownie trzeba było moczyć i odrywać. Równocześnie, (kiedy tapeta namakała), ja sprzątałam kuchnię.
W przerwie na lunch oglądnęłam filmik na youtube, gdzie spec najpierw dziurkował tapetę sprytnym ustrojstwem, później moczył wodą ze zmiękczaczem do tkanin, a później odrywał dużymi płatami i zostawała mu goła ściana. Z optymistycznym nastawieniem pojechałam po stosowne urządzenie, kupiłam tez profesjonalny płyn do zdzierania tapet. Ale nawet z tym wyposażeniem nie szło jak na youtube. Tapeta odchodziła małymi kawałeczkami, z trudem, a pod spodem zostawiała drugą warstwę, którą ponownie trzeba było moczyć i odrywać. Równocześnie, (kiedy tapeta namakała), ja sprzątałam kuchnię.
Przypomniały mi się stare czasy, kiedy to dorabiałam sobie w wakacje sprzątaniem. Nie, nie po domach. Tata miał profesjonalną firmę. Porządna chemia, porządny sprzęt, a do sprzątania była na przykład zapora wodna w Niedzicy czy hotele (np. świeżo po budowie). W mieszkaniu generalnie mieliśmy czysto. Ale jednak po opróżnieniu kuchenkę, lodówkę czy mikrofalówkę umyć trzeba. Trochę mi z tych studenckich czasów zostało: kilka sprytnych trików, trochę zaglądania w miejsca, w które normalny człowiek nie zagląda. Weszłam w tryb prefekcji i znów zeszło dłużej, niż myślałam. Każdą półkę rozebrałam na elementy pierwsze, żeby pod spodem nic się nie schowało. A że półki były jakieś dziwne, złożone z wielu elementów to i znów zastał mnie wieczór. Tyle dobrze, że przynajmniej ze sprzątaniowych efektów byłam zadowolona, bo efekty nieposprzątanego mieszkania mierzy się w gotówce. To właśnie po to jest ów security deposit: Zazwyczaj nie ma szans, by zwrócili go w całości. Jennie mówiła, że kiedyś za totalne bzdety skasowali im $400.
Wycena we Franklin Park wygląda tak:
We wtorek Przemek wcześniej zerwał się z pracy. Usunął wszelkie gwoździe, wkręty, załatał i zamalował dziury, wyniósł prawie wszystko z mieszkania (zostało szkło, którego nie mieliśmy jak zapakować). Przetestował różne opcje zdzierania tapety i odkrył, że dziurkowanie tapety to bardzo zły pomysł. Co prawda bez dziurkowania nadal dzieliła się na warstwy, które trzeba było osobno moczyć i oddzierać, ale przynajmniej schodziła w większych kawałkach. Pod koniec brakło nam profesjonalnego płynu, więc zrobiłam to co spec z youtube (ale tu miałam informację od Sue, że to naprawdę działa) - użyłam roztworu płynu do zmiękczania tkanin.
To był już ostatni dzień. Ja dołączyłam po południu, trochę pomogłam z tapetą, odkurzyłam i umyłam podłogi. O 20 opuściliśmy mieszkanie. Ufff...
W środę Joshua oddał klucze. Mógł to zrobić dopiero po południu, po pracy, więc rano zadzwoniłam do Tylera i powiedziałam mu, że może już wejść do mieszkania, sprawdzić co trzeba, a nawet coś zacząć robić jeśli jest taka potrzeba. Kiedy Joshua przyszedł z kluczami, Tyler powiedział, że był już na miejscu i że odwaliliśmy kawał świetnej roboty. Jutro wprowadza się nowy lokator, a my... dostajemy zwrot całości depozytu! No dobra. Wiedziałam co oddaję, ale spodziewałam się, że i tak do czegoś sie przyczepią.
Swoją drogą to jest irytujące:
Czy tu NIC nie może się nazywać normalnie?
To był już ostatni dzień. Ja dołączyłam po południu, trochę pomogłam z tapetą, odkurzyłam i umyłam podłogi. O 20 opuściliśmy mieszkanie. Ufff...
W środę Joshua oddał klucze. Mógł to zrobić dopiero po południu, po pracy, więc rano zadzwoniłam do Tylera i powiedziałam mu, że może już wejść do mieszkania, sprawdzić co trzeba, a nawet coś zacząć robić jeśli jest taka potrzeba. Kiedy Joshua przyszedł z kluczami, Tyler powiedział, że był już na miejscu i że odwaliliśmy kawał świetnej roboty. Jutro wprowadza się nowy lokator, a my... dostajemy zwrot całości depozytu! No dobra. Wiedziałam co oddaję, ale spodziewałam się, że i tak do czegoś sie przyczepią.
Tymczasem w naszym nowym mieszkaniu wcale nie było idealnie. Chyba mam inną wizję "luxury apartment" niż landlord. Ktoś zapomniał o umyciu zmywarki do naczyń. Zaczęłąm ją czyścić bo chcieliśmy umyć naczynia, ale wymiękłam. Nie używamy jej do teraz. W poniedziałek poszłam do biura i grzecznie poprosiłam o naprawienie niedopatrzeń. To samo dotyczy sypialnianych okien. Nie wiem kto mieszkał tu wcześniej, ani kto tu sprzątał, ale wymalowanie ścian i wymiana dywanów to jednak nie wszystko. No dobra, łazienki były czyste. Ale i tak nie miałam zaufania i posprzatałam jeszcze raz.
Wciąż nie rozpakowaliśmy wszystkiego. We wtorek rano czułam się tak źle, ze nie poszłam do pracy. Po południu było lepiej, ale w środę rano znów nie miałam siły, żeby wstać. W czwartek stwierdziłam, ze to już za długo trwa i poszłam do roboty: Przyszłam później, w trakcie wyszłam na lunch a wyszłam wcześniej, bo znów dopadła mnie gorączka, której nie zbiła nawet pyralgina. Spałam od 4 po południu do 9 rano. Dziś umyłam tylko balkonowe okno. Nie mam siły na nic więcej.
Przemek uczy się do egzaminów - ma je za tydzień. Przez przeprowadzkę stracił trochę czasu, co oznacza, że ma bardzo dużo nauki na ostatnią chwilę.
Z tych oto powodów musicie jeszcze poczekać na fotki. Nie wstawię na bloga zdjęć z pudłami na pierwszym planie.
Wciąż nie rozpakowaliśmy wszystkiego. We wtorek rano czułam się tak źle, ze nie poszłam do pracy. Po południu było lepiej, ale w środę rano znów nie miałam siły, żeby wstać. W czwartek stwierdziłam, ze to już za długo trwa i poszłam do roboty: Przyszłam później, w trakcie wyszłam na lunch a wyszłam wcześniej, bo znów dopadła mnie gorączka, której nie zbiła nawet pyralgina. Spałam od 4 po południu do 9 rano. Dziś umyłam tylko balkonowe okno. Nie mam siły na nic więcej.
Przemek uczy się do egzaminów - ma je za tydzień. Przez przeprowadzkę stracił trochę czasu, co oznacza, że ma bardzo dużo nauki na ostatnią chwilę.
Z tych oto powodów musicie jeszcze poczekać na fotki. Nie wstawię na bloga zdjęć z pudłami na pierwszym planie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz