poniedziałek, 14 grudnia 2015

Wszystko nie tak... / ale może nie aż tak bardzo, kilka fotek z mieszkania

Niedziela:

Przemkowe kłopoty zaczęły się jakieś dwa tygodnie temu: Padł Windows na jego laptopie. Próba naprawy nic nie dała. Z pod Linuxa udało się zgrać dane z dysku - choć tyle. Ale Windows padł tak, że nawet się postawić na nowo nie chciał. Jedyną drogą było zaoranie dysku zerami. Po tej operacji Windows dalej odmawiał współpracy. Diagnostyka pokazała, że ze sprzętem wszystko jest ok. 
W skrócie: udało się postawić system, ale po kilku włączeniach wszystko się wywalało. Podejrzewaliśmy dysk, ale testy wychodziły wciąż ok, więc zabrałam komputer do Valerego. Nasz spec po dwóch dniach postawił diagnozę "chyba dysk". Wytłumaczył na czym trik polega, ale nie będę nawet próbowała opisywać. Tak czy inaczej zanim zakupiliśmy nowy dysk i go przysłali minął ponad tydzień. Zanim uporaliśmy się z przeprowadzką - kolejny.  
W końcu dziś udało sie ponownie odpalić kompa. Ale dobry tydzień wypadł z grafika naukowego. A pierwszy egzamin już we wtorek... 

Ja jestem chora - dużo bardziej, niż myślałam że będę. Banalna wysypka przeszła w ból gardła, gorączkę i nogi jak z galaretki. Generalnie czuję się słaba jak niemowlak, o wyjściu do pracy nie ma mowy.

Wczoraj podczas zabawy Korlat uszkodziła sobie mięsień lub ścięgno. RTG wykazało degenerację chrząstki (w jej  wieku i przy jej rozmiarze bardzo zaskakujące to nie jest), ale raczej nie było to tak nagłe, żeby piszczała z bólu i nie chciała chodzić. Taka czy inaczej na Purdue spędziliśmy dobrych 6h. Oni jak już dostaną psa, to nie wypuszczą łatwo: Do RTG trzeba ją było naszprycować uspokajaczami, później zrobić badanie krwi czy może dostać taki a taki lek...  Przemek robił za kierowcę bo ja się nie czułam, ale zostać w klinice nie mógł. Spędziłam tych 6 h w pokoju, na chwilę poszłam do naszego labu zrobić sobie herbaty, ale generalnie siedziałam na krześle, zamiast spać w łóżku.
W końcu wyszliśmy z buteleczką leku przeciwzapalnego i receptą na tramal. (Tramalu nie udało się kupić, gdyż apteka była już zamknięta. Przemek odebrał go dziś rano.) Podaliśmy lek przeciwzapalny, żeby ograniczyć szkody wywołane zapaleniem i trochę zmniejszyć ból.
Oj, działo się: Lek spowodował nocne problemy z bólem brzucha, nudnościami, dodatkowy stres. Jakby bólu stawu było mało. Generalnie jest kiepsko. Piesa wygląda jak kupka nieszczęścia. Do tego nie wiemy czy wraca biegunka, czy tylko jest to reakcja na stres, ale zawartość jej jelit nie wyglądała dobrze. Za kilka dni wszystko się wyjaśni. 

Nawet pogoda jest pokopana. Mamy do 20C. Co tam listopadowa wycieczka w krótkich spodenkach, wczoraj tez można je było założyć. 
Na śnieg w grudniu i styczniu szans nie ma. Niby na sobotę zapowiadają znaczne ochłodzenie, na północy będzie burza śnieżna, ale ogólnie temperatury pewnie jeszcze nie raz pobiją rekordy wysokości. 

Tak pomyślałam co napisałam i wszystko jest nie tak jak powinno. Chyba poczekam z publikacją tego posta, jest zbyt przygnębiający. Może jutro dodam jakąś fajną wiadomość...


Już jest jutro znaczy poniedziałek. Korlat na tramadolu i z zaleczonym żołądkiem ma się znacznie lepiej. To znaczy, że mam już pozytyw i mogę posta publikować.
Problemy żołądkowo - jelitowe nie powtórzyły się, ale i tak nie mamy pewności, czy stan normalny się utrzyma, czy będzie nawrót.

Lekarka przejęła się moją drugą falą wysypki i zleciła dodatkowe badania. Mam nadzieję, że nie będą mnie za dużo kosztować. Zobaczymy. Póki co najlepiej wychodzi mi... spanie.

A na deser, żeby nie było bez obrazków - pierwsze fotki mieszkania. Na razie część livingroomu, bez jadalnianej i kuchnia.

Rzut z jadalni - jak widac pod "barem" idealne miejsce do spania znalazło sobie nasze psisko.


A tu już sama kuchnia. Jak widać, jest mała, ale nawet nieźle ustawiona. Jedynie nasz wypasiony kosz na śmieci nie bardzo do niej pasuje. 
W ogóle to kuchnia jest mało amerykańska, bo nie ma miksera do odpadków organicznych w zlewie. Bardzo do tego wynalzku nie przywykliśmy, więc nam to nie przeszkadza, ale jest dziwnie. 



To coś wyglądające jak gazety przyklejone do lodówki, to... woreczek z kuponami. Zbiera się tego takie mnóstwo, że ciężko jest nie zapomnieć. A jak są wszystkie razem i na widoku to nie ucieka tak bardzo.

Treaz living room. Niestety jeszcze pusty, ale półka jest chwilowo potrzebna gdzie indziej, wiszące kable to tez tymczasówka. Schowamy je kiedy będziemy pewni jak chcemy rozstawić meble.
Bardzo poważnie rozważamy przemalowanie brązowej ściany. Na razie zapał jest, zobaczymy jak będzie później. Tej ściany jest jednak znacznie więcej, niż widać na zdjęciu.





Zaczynamy czuć się u siebie. Korlat czasami nie szczeka na sąsiada z naprzeciwka. Jakby nie było mieszkamy tu już tydzień, powinna się powoli przyzwyczajać. 


A! Zapomniałabym: Opisywane przez Joshuę skrzyżowanie "jedziesz mniej - więcej jakoś tak".

Fotka została zrobiona z mojego miniaka, zza kierownicy, kiedy stałam na pasie do jazdy prosto. Dokładnie na wprost mnie znajduje się pas dla jadących z naprzeciwka, (stoi na nim biały samochód) do skrętu w lewo. Po prawej, obok nich (patrząc z mojego miejca) jest jeszcze wysepka i dopiero miejsce, gdzie powinnam ostatecznie się znaleźć. Trzeba tylko wycyrklować żeby nie zajechać drogi samochodom, które mam po prawej i które wjeżdżają razem ze mną na skrzyżowanie w którego połowie będą skręcać w prawo. Linii brak. No przecież kierowcy mają mózgi to sobie jakoś poradzą. 




Jennie zadbała o honor bardziej cywilizowanych miejsc: powiedziała, że w Chicago takie skrzyżowania się nie zdarzają. A jeśli już, to maja namalowane linie. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz