piątek, 18 grudnia 2015

Dzieje się...

Joshua zdaje właśnie kolejny egzamin. 
Ja jestem już prawie zdrowa - na nogi postawił mnie steryd. Mam za to mnóstwo energii i czuję się naprawdę dobrze po raz chyba pierwszy od końca września. To wtedy wróciła moja alergia pokarmowa. Po części dobre samopoczucie zawdzięczam leczeniu sterydem pozostałoości po infekcji wirusowej, a po części znalezieniu poważnego winowajcy. Jest nim... syrop kukurydziany, obecny w praktycznie wszystkich słodyczach, napojach (tych do ekspresu na przykład, jak mój ulubiony chai "late"), pieczywie, w wielu dressingach, dodatkach... O ile wykluczenie mięsa, serów, samej  kukurydzy czy brokuła było proste, o tyle nie przyszło mi do głowy, że to draństwo jest tutaj tak powszechne. Generalnie ciężko w tym kraju znaleźć coś bez niego. Nawet w koreańskich słodyczach go mają! (Choć tu do sprawdzenia musiałam zagonić Huisunga, bo koreańskie krzaczaki - jakkolwiek urocze - nic mi nie mówią. 

Dziś udało mi się dowieźć do pracy wszystkie świąteczne prezenty dla współpracowników. 
Miałam dwie gigantyczne siaty, ledwo z tym dotarłam. Na szczęście drobiazgów i wszelkich pierdółek świątecznych jest tutaj mnóstwo: jedne bardziej obciachowe, inne mniej. Po prostu trzeba odpowiednio dozować ilość kiczu i wszystko jest dobrze. 



Najbardziej uśmiałyśmy się z Jeennie: Już jakiś czas temu kupiłam jej "kocie kubeczki" na tę okazję. Dziś ja dostałam taki: 


Oraz fantastyczną książkę z opisem prawa dotyczącego psów, psio-przyjaznych hoteli i parków w różnych stanach. Bardzo przydatna rzecz i bardzo się z niej cieszę. Plan pierwszy wypad: Chicago i psia plaża w któryś cieplejszy dzień. Jest pewna szansa na powodzenie, gdyż stan łapy szybko się poprawia. Niby Korlat jest jeszcze na tramadolu, ale zdecydowanie się ożywiła w porównaniu z weekendem, a i próbuje przedłużać spacery. 
Poza tym chcemy odwiedzić naszego weta w Chicago na kontrolne badanie, sprawdzenie kilku drobiazgów i po psią apteczkę, którą obiecał nam pomóc skompletować. 

Nasze mieszkanie wciąż jest nie wykończone. Po prostu nie było jak ani kiedy. W weekend Joshowi należy się odpoczynek, a bez niego większości rzeczy nie zrobię, więc rozmieszczenie wieszaków w łazience, powieszenie półek i obrazków oraz tym podobne rzeczy jeszcze chwilę muszą poczekać. Przynajmniej tyle, że zmywarka do naczyń jest już naprawiona w 100%. Po wyczyszczeniu filtra, złamała się plastikowa część odpowiedzialna za rozprowadzanie wody. Wymienili nam ją z dnia na dzień, ale nie obyło się bez niespodzianki: Josh miał okazję zaobserwować co robi nasz pies, kiedy ktoś nie zaproszony sam z siebie wchodzi do naszego mieszkania, a pies jest sam w pokoju. Otóż nasz pies nie szczeka. (Szczekanie jest zarezerwowane na sytuację kiedy ktoś puka lub wchodzi na nasze zaproszenie i jest wtedy czysto informacyjne). Kiedy ktoś obcy wchodzi nieproszony i bez naszej wiedzy,  z wnętrza psa dobiega głośny, dudniący warkot. Na szczęście zanim wydarzyło się coś więcej, Josh dotarł do pokoju i zdążył przejąć kontrolę nad sytuacją. 
Nie wiemy jak byłoby, gdyby Korlat była w domu sama. Ale biorąc pod uwagę tutejszy system opieki nad nieruchomością, możliwość naprawienia uszkodzeń, kiedy nas nie ma w domu, brak instynktu samozachowawczego u pana od napraw (jednak chłopcy we Franklin Park uroczo odmawiali choćby próby wejścia do mieszkania bez naszego nadzoru) i to, że kiedy Korlat jest sama nie szczeka nawet na pukanie (bo i po co, skoro nie ma kogo uprzedzić, że zbliża się obcy), postanowiłam wywiesić na drzwiach takie coś: 


To jedyna tabliczka jaką znalazłam, która nie sugeruje, że pies jest agresywny a jednocześnie zachęca do ponownego rozważenia decyzji o wejściu do mieszkania. 

2 grudnia rodzice wysłali nam paczkę. My im jakieś dwa dni wcześniej. Paczka do rodziców dotarła po około 9 dniach. Naszej jeszcze nie ma. Na 10 dni utknęłą w urzędzie celnym z bardzo dziwną adnotacją. Wyglądało to tak, jakby kontrolę przeszła w 2 minuty: od przyjęcia do odstawienia do dalszej wysyłki minęło właśnie tyle czasu. tylko, że później nie działo się z nią nic od 10 grudnia do dziś. Już spanikowałam, że znów mi zgubili rzeczy. 22 razy próbowałam połączyć się z urzędem celnym, ale po nagraniu zamiast przełączyć mnie dalej, automat mnie rozłączał. Dziś miałam dzwonić znowu. Na szczęście dostałam wiadomość, że przesyłka zameldowała się w Indianapolis. Stamtąd powinna dotrzeć już prosto do Lafayette. Czyli jest nadzieja, że będę miała ją na święta. 

Święta, święta... Wszyscy planują, przygotowują się. Tylko u nas cisza i spokój. Choinkę ubrałam przedwczoraj. (Tę samą, co rok temu, więc zajęło mi to 3 minuty). Wielkiego gotowania nie będzie: jest nas tylko dwoje, z resztą nie mamy ochoty na obżarstwo.  Fajnie tak na luzie, bez presji.

Koresponduję z Czechami. Nasz pierwszy polimer jest gotowy, niedługo można będzie zacząć testy.  Można by było, gdyby sprzęt był gotowy... Póki co zamiast przeanalizować próbkę, chłopcy wciąż ją wysadzają w powietrze. No dobra, mamy jakiś postęp, ale wszystko wskazuje na to, że optymalizacja jeszcze potrwa. 
Tymczasem Carmen dopięła swego. Dzięki kontaktom zdobyła roztwór etanoloaminy (nie da się go kupić tak po prostu, a na rozcieńczenie etanolaminy nie mamy warunków w naszej pracowni) i wykonała testy. Wygląda na to, że mamy kolejny postęp! Bardzo mnie to cieszy. Równie mocno cieszy mnie, że moja doktorantka wyciągnęła wnioski z poprzednich dwóch wtop, które zaliczyła pracując z przekonaniem o własnej nieomylności. Tym razem plan doświadczeń był już wspólny, analiza jakie próbki i jakie kontrole przygotować konsultowana ze mną i jak się okazało, bardzo dobrze się nam razem pracuje. Wszystko poszło bez błędów i dało bardzo jednoznaczne wyniki. Dziś Carmen wyjechała na przerwę świąteczną, więc część laboratoryjną naszego labu mam na wyłączność. Chcę jeszcze przed świętami zrobić doświadczenie do ewentualnego mojego grantu. 
Neistety remont pomieszczeń biurowych, do których mają przenieść się Kathy i Jennie się przeciąga. To oznacza, że Huisung zostaje na razie w oddzielonej części, która docelowo ma być moim królestwem. 
Przez kilka ostatnich dni wspólnie z Robertem z REM ustalamy protokoły dla doświadczeń i poziom zabezpieczeń, które będziemy musieli zastosować. Mam nadzieję, że nie będę musiała znowu czekać z kolejnymi doświadczeniami na przystosowanie pomieszczenia do pracy. 
Czas pokaże co z tego wyjdzie. 

3 komentarze:

  1. "Póki co zamiast przeanalizować próbkę, chłopcy wciąż ją wysadzają w powietrze."

    Brzmi interesująco, opowiedz więcej. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. o ile dobrze zrozumiałem (po uprzednim dopytaniu, bo już mnie też to zagadnienie frapowało) to chodzi o to, że badana próbka jest tak mała, że energia wyładowania elektrycznego rozpyla ją po otoczeniu, zamiast wyparować. ale fakt, brzmi ciekawie

    OdpowiedzUsuń
  3. Kubeczek jest absolutnie boski :3

    OdpowiedzUsuń