wtorek, 1 grudnia 2015

Atmosfera naukowa, albo raczej szkolna

Na początek fota, bo jakoś się Ewa nie chciała pochwalić (zaraz sprawdzi, czy dobrze wyszła, a co):


Drobne obserwacje życiowe, które się zbierały przez ten czas.
Zmywarka do naczyń, jakieś to brewerie były w starym kraju. No, bo co - jakby się rękami nie dało paru garnków pomyć, tylko trzeba maszyny co to prąd żre i wodą się zachłystuje. A tu prąd tani, ludzie leniwi, woda też tania - chociaż są miejsca jak Kalifornia, w których już się modlą o jakieś rozwiązania; będzie ponoć tania sól, bo z braku wody pitnej budują odsalarnię wody morskiej. To ostatnio po wizycie w potencjalnym domu do wynajęcia poważnie się zastanawialiśmy, czy tam aby nie brakuje takiego ustrojstwa. Jak kiedyś powiedziałem w rozmowie Kangurowi: galopujące lenistwo, bo w domu nie chciało mi się garów myć, a tu czasem - nie chce mi się wypakować ze zmywarki.

Krzywe drogi i place, bo nikt ich nie plantuje. To też ciekawostka, bo u nas nawet na wpół łysy placyk za czy przed domem mysi być na gładko, a tu nie. Plac z parkingiem pod moim miejscem pracy wygląda jak rozfalowane jezioro zalane na sztywno betonem; i tak tu jest na każdym kroku. Ulice - jak się im ułożyły, tak są. Czasami człowiek przejeżdża przez skrzyżowanie, a tam na wprost nosa - czyli pasa na wprost - wysepka, albo czasem ruch z naprzeciwka; droga ma kontynuację przesuniętą o kilka ładnych stóp czy wręcz całą szerokość pasa w prawo. I tak jest wszędzie, ledwie dobrze, że podłogi równe (bo już co do ścian to czasami się zastanawiam; zwłaszcza jak drzwi łazienkowe w odstępie kilku dni a to mocno przycierają o framugę, a to zupełnie luźno się zamykają).

Tu nie ma ulotek na szybach samochodów, z czego zdałem sobie sprawę dopiero w ostatnich dniach - na parkingu facet coś wyciągał zza szyby; przypomniałem sobie tony tego śmiecia w Krakowie, na ulicach, chodnikach, a zwłaszcza - na parkingach pod marketami, albo w centrum. Wraca człowiek do auta, pół godziny go nie było, a tu kilka za wycieraczką upchniętych papierków. A tu - nie ma. Czyściej tak jakoś.

Nie mógłbym się nie pochwalić absurdami nowego stanowiska pracy w największym markecie świata. Oto strój do utylizacji...


dodatku energetycznego do wody. Kilka pryśnięć do butelki i mamy energetyk ze zwykłej wody. Mają tu takie też do robienia kawy, ale nie są klasyfikowane jako niebezpieczne. Ten był. Poszedł do worka z absorbentem i czarnego baniaka. Wczoraj wylewałem aromat do ciasta w podobnym stylu; bo miał 39% alkoholu, więc był łatwopalny. Cała uncja.

A poza tym to piszę, bo mnie dawno nie było, a nic innego mi się już wieczorem nie chce. Lapek padł, znaczy dysk, tydzień się męczyłem - formatował się, dawał się system postawić, a potem niezmiennie na drugi dzień się wykładał. Nie ułatwiło mi to bynajmniej kształcenia, brak podstawowego narzędzia. Dopiero dziś zamówiłem nowy. Poza tym od ponad miesiąca ledwie zipię: trzy zajęcia tygodniowo, dwa z zaliczeniem w niedzielę o północy, jedno dwa razy w tygodniu. Wariacki program, nie wiem po co - najpierw przez prawie dwa miesiące semestru nie ma zajęć, a potem w dwa - cały semestr. Dokładając do tego konieczność zapoznawania się od zera z systemem nauki przez internet wychodzi ciężki kawałek bułki. Niektóre funkcje zauważyłem dopiero ostatnio, a mam za sobą półmetek nauki.


Dobrze, że choć na ulicy można się pośmiać. Albo w robocie:


Too jest autentyk, a po kilku dniach szefowa sklepu jeszcze coś dopisała. Tablica była z okazji 11.11, który tu jest dniem pamięci o żołnierzach. Faktem jest, że oni tu po pierwsze mają fioła na punkcie służby wojskowej, po drugie z reguły tłumnie idą w kamasze na kilka lat, a potem wracają do domu, po trzecie jak już gdzieś postrzelali po świecie, to są z tego dumni i oni sami, i wszyscy w okolicy. Począwszy od naklejek czy tabliczek na zderzak (ostatnio widziałem "służyłem w II WŚ" na starym pikapie), poprzez właśnie takie akcje jak celowe zatrudnianie weteranów i chwalenie się tym, skończywszy na wszechobecnym uznaniu dla tych ludzi, którzy mniej lub bardziej słusznie, ale w powszechnym przekonani dla publicznego dobra ryzykowali w miejscu gdzie latał ołów. No, to jak im ktoś dziękował, to jeden odpisał, że nie ma sprawy.

Chyba wrócę do księgowości, zanim mnie dopadnie kolejny egzamin. Lepiej być przygotowanym, chyba; dawno w szkole nie byłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz