To było moje pierwsze thanksgiving. Rok temu siedziałam sama w domu Paula. Nie znałam nikogo, nie miałam nic do roboty. Tym razem Kathy stwierdziła, że tak nie może być, że skoro Joshua siedzi do 10 w pracy, to ona zaprasza mnie do siebie. No cóż. Co do samego święta, to ja go jakoś nie czuję. Zwłaszcza, kiedy pomyślę skąd się wywodzi i co było później... Ale z drugiej strony zobaczyć coś nowego w dość dalekim jakby nie było kraju zawsze jest fajnie.
Co raz częściej łapiemy się z Joshem podczas oglądania amerykańskich seriali, że rozumiemy więcej, że coś co kiedyś przyjmowaliśmy z przymróżeniem oka teraz jest dla nas w pełni zrozumiałe i ma sens. No to czemu by nie zobaczyć jak to naprawdę jest z tym świętem Indyka (choć indyki pewnie mają na to inne spojrzenie)?
Kupiłam wino, żeby nie pójść z pustymi rękami. Odstrzeliłam się w czarną kieckę, założyłam perły - a co. Żeby złamać monochromatyzm, wzięłam czerwone szpilki... Spojrzałam w lustro - nie jest źle.
Jak się okazało na miejscu wszyscy inni byli w jeansach, swetrach i t-shirtach. No dobra, gorzej gdyby było na odwrót. A jednak mnie to uderzyło. U nas na głupie imieniny wszyscy odstrzeleni, poniżej garniaków i eleganckich sukienek praktycznie nie zdarza się pokazać nikomu (przynajmniej od pewnego wieku), a tu takie święto i taki numer...
To był pierwszy ale wcale nie największy szok. Na kuchennym blacie stało całe mnóstwo talerzy zawierających obco wyglądające potrawy. Oczywiście był indyk, jakaś szynka, chleb kukurydziany, oraz cała masa rzeczy, których nie potrafiłam i nadal nie potrafię nazwać. Dużo było dań w postaci placków: w formach, do odkrojenia i nałożenia. Tak jak ów chleb kukurydziany. Jakby produkty roślinne najlepsze były po zmiksowaniu i upieczeniu, a jakieś 90% również dosłodzeniu. Ale to też wyglądało całkiem nieźle. Tylko że obok leżały przygotowane do nakładania owych dań polistyrenowe talerze, noże i widelce. I w tym miejscu poczułam się już w ogóle dziwnie. Takie rzeczy to można na ognisko zabrać. Albo do pracy. Ale w domu? Dla gości? Na uroczysty obiad?
Minęło kilka dni a mnie nadal się to w głowie nie mieści.
Minęło kilka dni a mnie nadal się to w głowie nie mieści.
Sama impreza też była niemrawa: Troje dziadków drzemało w fotelach na uboczu, kilka osób rozmawiało przy stole, pozostali gdzieś znikli.
Jedzenie... Pewnie dobre, choć obydwoje z Joshem uznaliśmy, że nie trafiło w nasz gust. (Dostałam porcję na wynos).
Brakowało mi różnorodności smaków. Tylko słodkiego było dużo - to jeszcze przed deserem, później ilość cukru w mojej krwi poszybowała w górę, aż pod kreskę, oddzielającą to co możliwe u ludzi zdrowych, od tego co trafia się cukrzykom. Ale gdzie coś ostrzejszego? Gdzie jakiś kwaśny akcent?
Brakowało mi różnorodności smaków. Tylko słodkiego było dużo - to jeszcze przed deserem, później ilość cukru w mojej krwi poszybowała w górę, aż pod kreskę, oddzielającą to co możliwe u ludzi zdrowych, od tego co trafia się cukrzykom. Ale gdzie coś ostrzejszego? Gdzie jakiś kwaśny akcent?
Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest krytyka.
Zapewne z jednorazowymi naczyniami jest mniej kłopotu, Kathy musiała włożyć mnóstwo wysiłku w przygotowanie tego wszystkiego. Dla mnie plastikowe talerzyki byłyby nieakceptowalne, nigdy nie podałabym czegoś takiego, ale tu widocznie nikt poza mną nie widział w tym nic niewłaściwego. Jedzenie? Każdy ma swój gust, ja tez nigdy się nie dowiem czy rzeczy, którymi częstowałam ludzi z labu faktycznie im smakowały, czy wszyscy uśmiechali się z wdzięcznością, że zostali poczęstowani i cieszyli się, że nie ma więcej.
Ja sama jestem bardzo wdzięczna za zaproszenie. Było miło, wszyscy byli życzliwi, podzielili się ze mną swoim jedzeniem i pozwolili mi uczestniczyć w swoim święcie. Po prostu... No cóż. To właśnie był szok kulturowy.
Kolejny dzień - Black Friday - Przemek miał wolny. Postanowiliśmy jak lokalesi wybrać się na zakupy. Faktycznie, było mnóstwo promocji, faktycznie, parking był pełny a kolejki do kas długie. Nawet kasjerka w Kohl's była tak zmęczona, że przestała się uśmiechać, choć nadal była bardzo uprzejma.
Ale żadnych dantejskich scen nie odnotowaliśmy. Wszyscy kulturalnie czekali na swoją kolej, nikt nigdzie nie podniósł głosu, nie przepychał się łokciami. Kupiliśmy kilka rzeczy, głównie z ubrań, bo na takie mieliśmy pewne zapotrzebowanie. I to wszystko.
Dalej nie wiadomo co z domem na wsi. Nie możemy już czekać. Jutro po południu jedziemy podpisać umowę na wynajem nowego mieszkania. W piątek zaczynamy się przeprowadzać :)
Ale żadnych dantejskich scen nie odnotowaliśmy. Wszyscy kulturalnie czekali na swoją kolej, nikt nigdzie nie podniósł głosu, nie przepychał się łokciami. Kupiliśmy kilka rzeczy, głównie z ubrań, bo na takie mieliśmy pewne zapotrzebowanie. I to wszystko.
Dalej nie wiadomo co z domem na wsi. Nie możemy już czekać. Jutro po południu jedziemy podpisać umowę na wynajem nowego mieszkania. W piątek zaczynamy się przeprowadzać :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz