Na początek się pochwalę: wspominaną wcześniej chemiczną część projektu mam już w większości za sobą. Oczywiście będę wykorzystywać to czego się nauczyłam. To nie tak, że odkładam odczynniki na półkę. Raz na jakiś czas będę musiała przygotować podłoże, na którym będę dalej pracować. Na pewno czasem będzie potrzeba drobnych optymalizacji, ale to już będą drobiazgi. Nareszcie mam wynik, który mogę pokazać szefowi, pokazać na konferencji. W samą oporę, bo konferencja zaczyna się jutro.
No i mogę zabrać się za coś innego. A to zawsze jest ciekawe.
... Na przykład za dalszą chemię.
Zupełnie z nikąd pojawił się pomysł, żeby uniezależnić się od komercyjnych dostawców. No bo przecież możemy sami... W ten sposób będzie taniej. A "sami" oznacza "Eva* zrobi". Już prowadzę wymianę maili ze specem w nowej dziedzinie, a za jakiś czas pewnie polecę się szkolić. Coraz zabawniej się robi.
... Na przykład za dalszą chemię.
Zupełnie z nikąd pojawił się pomysł, żeby uniezależnić się od komercyjnych dostawców. No bo przecież możemy sami... W ten sposób będzie taniej. A "sami" oznacza "Eva* zrobi". Już prowadzę wymianę maili ze specem w nowej dziedzinie, a za jakiś czas pewnie polecę się szkolić. Coraz zabawniej się robi.
W końcu i nas dopadła jesienna pogoda: w nocy deszcz, w ciągu dnia wiatr. Ten ostatni był przyjemną odmianą. Po całych miesiącach oblepiającej wilgoci, nareszcie coś odświeżającego. W ciągu dnia temperatura podskakuje do 60F a nawet wyżej, nocą spada poniżej ze... chciałam napisać 32.
W Texasie i Luizjanie szaleją ulewy i burze, resztki z tego idą później nad nas. Póki co nie było nic poza ulewą i wiatrem.
Dziś poszłyśmy z Korlat na Celery Bog. Pogoda była super. Ciepło, przyjemnie. Aż szkoda, że Joshua siedział w pracy. Ale to jego weekendowe pracowanie nie potrwa już długo. Znowu awansował. Teraz będzie się zajmował reklamacjami. Nową ofertę pracy (Bo tu nie ma umów, tu dostaje się ofertę, a po jej zaakceptowaniu jest ona równoznaczna z naszą umową o pracę) już ma. Teraz tylko musi odczekać na nowy grafik. Zaletą będą stałe godziny pracy, pełny etat i weekendy wtedy kiedy ma je większość ludzi: co druga sobota i wszystkie niedziele.
W Texasie i Luizjanie szaleją ulewy i burze, resztki z tego idą później nad nas. Póki co nie było nic poza ulewą i wiatrem.
Dziś poszłyśmy z Korlat na Celery Bog. Pogoda była super. Ciepło, przyjemnie. Aż szkoda, że Joshua siedział w pracy. Ale to jego weekendowe pracowanie nie potrwa już długo. Znowu awansował. Teraz będzie się zajmował reklamacjami. Nową ofertę pracy (Bo tu nie ma umów, tu dostaje się ofertę, a po jej zaakceptowaniu jest ona równoznaczna z naszą umową o pracę) już ma. Teraz tylko musi odczekać na nowy grafik. Zaletą będą stałe godziny pracy, pełny etat i weekendy wtedy kiedy ma je większość ludzi: co druga sobota i wszystkie niedziele.
Wciąż szukamy mieszkania. Dom o którym pisałam, choć ładny, uznaliśmy za zbyt drogi. Oglądnęliśmy trzypokojowe mieszkanie, mnie się nawet podobało, ale Joshua nie był przekonany. Szukamy dalej. Mamy prawie miesiąc do przeprowadzki, więc coś się znajdzie.
W końcu rozliczyłam z T-mobile rachunki za telefony, z których korzystali rodzice.
Dostałam... kartę debetową na 48$. Tyle miałam na koncie nadpłaty. No dobra. Czek - rozumiem. Ale kartę? Niby ważna rok, ale wybrać pełną kwotę będzie trudno. A, co tam. Damy radę.
W końcu rozliczyłam z T-mobile rachunki za telefony, z których korzystali rodzice.
Dostałam... kartę debetową na 48$. Tyle miałam na koncie nadpłaty. No dobra. Czek - rozumiem. Ale kartę? Niby ważna rok, ale wybrać pełną kwotę będzie trudno. A, co tam. Damy radę.
Kolejna fotka - japoński podwieczorek, zaserwowany nam przez nauczycielkę z International Centre.
Ciasteczka - raczej galaretki - były trochę bezsmakowe. Słodkie. Ale niewiele poza tym. Wyglądają lepiej, niż smakują. Ale herbata... rewelacja.
A teraz wspominkowo. Pamiętacie?
To już rok. Nawet nie zauważyłam kiedy zleciało.
Planowaliśmy wyjść z tej okazji do jakiejś restauracji, ale wygląda na to, że trzymamy się tradycji: Ślub był organizowany w ciągu miesiąca, w tak szalonym tempie, że aż dziw, jak dobrze wszystko wyszło. Mój miesiąc miodowy był połączony z daleką podróżą, tylko jakoś poleciałam na niego bez męża... Dziś, zamiast iść z nim na obiad, muszę przywieźć jednego z labowych gości z lotniska. Nie narzekam: facet jest jednym z naszych współpracowników, ma rewelacyjne kontakty. I może uda mi się wkręcić do jego pracowni na jakiś tydzień. A nawet jeśli nie, to sama możliwość pogadania z nim przez godzinę jazdy może dać spore korzyści na przyszłość. Ale jakoś... Nie sposób nie dopatrzyć się tu pewnej tendencji ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz