poniedziałek, 23 listopada 2015

Nowe mieszkanie... a może jednak dom?

Ja osiswieję. A, nie.... Ja już jestem prawie siwa, to dlatego się farbuję. Ale gdyby nie to, z pewnością bym osiwiała. 
W nowym - jeszcze nie wynajętym - lokum byłam już 5 razy: raz oglądnąć, raz zawieźć wnioski aplikacyjne. Wtedy też okazało się, że oprócz wniosków muszę dostarczy dowody, że zarabiamy: u mnie wydruki rozliczeń, u Josha odcinki z czeków. 
Kiedy już wszystko zawiozłam okazało się, że nie przechodzą nasze SSN (wpisane we wnioski). Dlatego poproszono mnie o kartę i paszport. Tak zrozumieliśmy. Okazało się, że jednak nie. że chodziło o karty albo paszporty, ale obydwojga: moje i Josha. Dziś byłam po raz kolejny dowieźć drugą kartę. 

Tymczasem w piątek na Lynnhall Family - naszej weterynaryjnej liście mailowej - pokazało się ogłoszenie o domku na wynajem. 
Trzy sypialnie, środek na zdjęciach wygląda ładnie, do tego duży ogrodzony ogródek... No głupio by było nie sprawdzić. 
Napisałam maila z zapytaniem. Wysłałam jeszcze w piątek, ale dopiero dziś dostałam odpowiedź. Niestety: wynajmem zajmują się trzy osoby. I jakimś dziwnym trafem stale zadaję niewłaściwe pytanie niewłaściwej osobie. Noż diabli by ich wzięli, czy naprawdę nie mogą się porozumieć?
Do tej pory nie udało mi się umówić na oglądanie. 
No nic. Jest czas do środy: Jeśli nie zdecydują się czego chcą, nie zobaczę domu, bierzemy mieszkanie. Raczej nie ma szans, żebyśmy go nie dostali. 

Z domem bardzo się nam spieszy, ale są po temu powody: Musimy załatwić przepisanie prądu w nowym miejscu na nas, a to można zrobić dopiero po podpisaniu umowy. Duke Energy ma kilka dni na załatwienie sprawy. Tym razem chcemy, by rachunki szły na Przemka: w ten sposób zacznie wyrabiać swoją własną zdolność kredytową. Niestety pamiętam ile było z tym zachodu rok temu i obawiam się, ze może to chwilę potrwać. Nie możemy czekać do ostatniej chwili, zwłaszcza, że na prąd jest tam również ogrzewanie i ciepła woda, a u nas już zima. 





Bella - burla śnieżna przechodząca nad północnymi stanami sypnęła trochę śniegu i u nas, choć to w Chicago spadła rekordowa jak na listopad ilość śniegu. W sobotę Paul przysłał maila do mnie i Carmen. O mnie martwił się mniej, przecież pamiętał, że po śniegu jeździłam już rok temu. Coś tam przebąkną, że być może miałam okazję doświadczyć tego jeszcze w Polsce... Australijczyk, zaraza. Zakłada, że śnieg występuje tylko w kilku miejscach na Ziemi. Ale zupełnie na poważnie udzielił kilku porad Carmen. Tu miał rację, dziewczyna po śniegu jechała może dwa razy w życiu a i to po ledwo przyprószonej nawierzchni. 
Mnie mail mocno ubawił, a zwłaszcza fragment "there are a lot of idiot drivers in this town!!!" W tymże momencie przypomniałam sobie, że pół godziny wcześniej chciałam sprawdzić czy mój Miniak wejdzie w zakręt na Neil Armstrong Drive poślizgiem.  Ups... 
(Nie wszedł, nie było ślisko.) 
Ignorancja mojego szefa w sprawach związanych z zimą objawiła się  już w czwartek: dostał histerycznego ataku śmiechu widząc Carmen w getrach. Takich wełnianych, na łydkach. Poczerwieniał na twarzy, z oczu ciekły mu łzy, nie mógł przestać się śmiać. 
Ja też się śmiałam, po części z niego (wszyscy się śmiali) po części dlatego, że dzień był dość ciepły i ja sama przyszłam w cienkich butach rajstopach i krótkiej spódnicy. Myślałam, że to zestawienie nas obok siebie tak go rozbawiło. Ale nie... Paul nie miał świadomości, że istnieje coś takiego jak getry. No cóż. Jennie i Kathy polują na getry na e-bayu, ja akurat niedawno kupiłam (made in Norway na wyprzedaży) i w pierwszy naprawdę zimny dzień umawiamy się z dziewczynami na "leg warmers day". 


Z dobrych wiadomości mam taką: Korlat zachowuje się super. Wczoraj puszczona za smyczy zrobiła po parkingu kółko pełnym galopem. Aż się przestraszyłam, czy jej za jakimś zapachem nie poniosło, tymczasem była to po prostu potrzeba wyszalenia się. Później bawiła się z inną suńką, co tez nei zdarza sie jej często. Na koniec poszłysmy na dłuższy spacer na Celery Bog. Później co prawda spała zmęczona do wieczora. Juz zaczęłam się martwić czy nie przesadziłam, ale wychodzi na to, że moja piesa jest zdrowsza, niż kiedykolwiek od stycznia. Po prostu nadmiar wrażeń ja zmęczył.  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz