sobota, 2 stycznia 2016

Posemestrowo, poświątecznie

Święta, święta i po świętach. Teraz będziemy próbowali pozbyć się tych zbędnych funtów, które trochę jednak psują samopoczucie. Chociaż każdy funt psuje je nadal nieco mniej niż połowę tego, co każdy kilogram. Czasami przeliczniki bywają przydatne.
Chociaż przypomnijcie sobie zdjęcie wagi sprzed roku. Było zabawnie widzieć prawie dwieście na liczniku.


Tymczasem jeszcze gwoli podsumowań - choinka z Walmartu. Pomyśleć, że to jest ciągle ten sam stan, w którym nie da się kupić piwa w niedzielę, bo prawo zakazuje.

W domu przez święta, jak pisała Ewa, jedna katastrofa goniła drugą. Po zalaniu - zapadła nam na zdrowiu Korlat.


Taki mniej więcej stan rzeczy trwał przez kilka dni, póki telefoniczne konsultacje z drem Kocem nie przyniosły stosunkowo prostego rozwiązania. Ale było nieciekawie, jak się zastanawialiśmy po raz kolejny co jest grane. Wychodzi na to, że cholerni weci z Purdue mocno jej zaszkodzili, podając na siłę, wbrew prośbie Ewy, starego typu lek z silnymi działaniami nieporządanymi, który na dodatek wywołał dalsze problemy. Aktualnie jest lepiej, znaczy pies zostaje na antybiotyku jeszcze przez chwilę, póki co nie wiemy czy będzie dłuższa terapia sterydowa; no i zasadnicza sprawa biegunek nie została rozwiązana.


A tak wyglądała nasza sypialnia podczas suszenia. Kwestia tego, jak jest kładziona wykładzina, jest wyjaśniona: na beton idą listewki z gwoździkami ostrym do góry, pomiędzy nimi jakaś izolacja w kawałkach, może z pół cala, a sama wykładzina jest po prostu nabita na te sterczące gwoździki. Bosko. Dziś rozmawialiśmy, czy tu w ogóle da się zrobić coś z domem jak w naszym kraju, znaczy normalne okna, a nie metalowe ramki przewodzące zimno (przy okazji - znów nie mogę przykleić izolacji na drzwi balkonowe, bo taśma przy tej temperaturze nie trzyma się blaszanej ramki), jakieś panele na podłodze, nie mówiąc o ogrzewaniu podłogowym...


Albowiem czasami wydaje się nam, że wszystko na co ich tu stać, to wstawianie okien jak w tym domu - zdjęcie zrobione podczas jazdy.
A jak już przy tym jesteśmy - to jeszcze jedno. Konkurs: gdzie jest tablica rejestracyjna? Nagroda - piwo indiańskie, znaczy w Indianie. Do odebrania osobiście.


Jakby ktoś był przerażony stanem dróg, to nie ma obawy - to tylko remontowany odcinek naszej obwodnicy miasta.

A poza tym wszystko po staremu, jakoś nie mogę się zmobilizować do zapisania na zajęcia na drugi semestr w koledżu, ciągle jeszcze nie odpocząłem po zakończeniu poprzedniego. W robocie po zmianie stanowiska mam od cholery rzeczy do nauczenia się: w tej firmie nic nie może być proste, wszystkie wykonywane prace niby mają jakieś podstawy wynikające ze zorganizowanej i opisanej ich wersji, ale w praktyce wszystko opiera się na robieniu z pamięci wszystkiego w określony sposób. Kota można dostać. Jak nauka francuskiego (podobno, jak słyszałem): kilka prostych zasad, a potem cała reszta składa się z wyjątków...

Chociaż tyle, że mam więcej okazji rozmawiać z ludźmi. Przy tej okazji dowiedziałem się na przykład od jednego z dostawców, że tu jest Indiana, co dla niego (akurat taki temat się przewinął) oznacza, że chłopak żeni się z pierwszą dziewczyną, z którą uda mu się przespać w szkole średniej. I tak tkwią przez kolejne 50 lat. Albo hasła współpracowniczki: w czasie dyskusji o języku "czy jeśli oliwa z oliwek jest z nich wyciskana, to olejek dziecięcy jest tłoczony z dzieci?" (po angielsku brzmi lepiej), ewentualnie - w trakcie wyrzucania zwróconych przez klientów towarów - "ja też nie mogę patrzeć, jak czekolada umiera!". Przy tym Lori jest o pół szersza ode mnie, wagi nie podejmuję się nawet oceniać przy tej sylwetce zapaśnika.

I to w zasadzie tyle. Uciekły mi gdzieś dwa miesiące, najwyższy czas się ostrzyc - może jutro - i skończyć noworoczną whiskey.
Na koniec - pozdrowienia z miejsca pracy. Nie wiem, czy to radosna twórczość pracowników, czy klientów, ale wyglądało bosko.

1 komentarz:

  1. Tablicę mogę zgadywać. Za szybą kabiny, tuż nad paką.
    Mysza na ziemi mnie rozwaliła ;)

    OdpowiedzUsuń