Większość tego co było ostatnio opisał już Josh, więc ja tylko dorzucę kilka szczegółów.
Wczoraj w końcu odzyskaliśmy sypialnię. Ponieważ do teraz nie było fotek, wrzucam aż trzy:
Od strony wejścia
W głebi drzwi do łazienki - na wprost - a po obu stronach schowki.
I jeszcze jedno spod okna.
Gabinetu/Korlackiej sypialni jeszcze nie skończyliśmy urządzać, więc fotki będą później. Jak na razie największym postępem jest przeniesienie wieszaków na ręczniki i zamontowanie półki w łazience. Niby bzdety a cieszą.
Nadal nie znalazło się nasze żelazko, mikser i zestaw do sushi. Trochę szkoda, ale czasem tak bywa.
Korlat ma się lepiej. Nie idealnie, ale całkiem nieźle. Za to my podjęliśmy decyzję, ze olewamy Blair. We wtorek odbierając psa po kroplówce umówiliśmy się, że wetka do nas zadzwoni w środę, jak będą wyniki badania krwi. Nie zadzwoniła do pierwszej, więc ja się odezwałam. Dowiedziałam się, że jest na lunchu, ale zadzwoni jaka wróci. Po półtorej godziny zadzwoniłam znów, ale zajmowała się bardzo chorym psem... Załatwiłam tylko tyle, że mogłam podjechać po wyniki i po jeszcze jedną kroplówkę - na wszelki wypadek. Dopiero na miejscu rozmawiała ze mną pielęgniarka. Przekazała, że wetka nie wie co jest Korlacie, że możemy się umówić na przyszły tydzień na USG i RTG... Grzecznie podziękowałam - i tak nic u nich nie zdziałam - i poszliśmy.
W czwartek wróciła z Chicago Jennie. Przywiozła sterydy od tamtejszego weta. Godzinę po zastrzyku Korlat była jak zdrowa. Poszliśmy na trochę dłuższy spacer, psica chciała się bawić.
Na noworoczną kolację mieliśmy spaghetti. Drugą porcję zostawiliśmy na piątek - w końcu dzień święty.
A tu nowość, koreańskie ciasteczka ryżowe: Huisung przywiózł je dla mnie specjalnie z Chicago.
Kwadratowe były bezsmakowe, na te ciemne - z jakąś trawą - jestem uczulona, okrągłe - nadziewane były na słodko (najlepsze są te z cynamonem) a prostokątne same z siebie nie są słodzone, ale za to są z bakaliami. Też dobre.
Temperatura spadła poniżej 32F. Styczeń ma być chłodniejszy, ale bardzo bardzo suchy. Na śnieg nie ma co liczyć. Dlatego śnieg oglądamy w telewizorze. Zostaliśmy fanami "Lilyhammer". Musze przyznać, że znając tutejsze realia ogląda się go jeszcze lepiej, a znając trochę realiów norweskich - wręcz fantastycznie. czasem zaczynam się śmiać dobrą minutę przed Joshem jak na przykład kiedy okazuje się, że główny bohater potrzebuje norweskiego prawa jazdy. (Norweskie zasady są dużo bardziej złożone, a kurs obejmuje jazdę w nocy, autostradą, po śniegu i ćwiczenia na śliskim, tymczasem w USA wszystko załatwia się w jeden dzień na banalnym egzaminie).
A jak już przy prawie jazdy jesteśmy, to my też będziemy mieć nowe. Załatwiliśmy we środę, w związku z przeprowadzką. Załatwiliśmy też podniesienie mojego limitu karty kredytowej (nareszcie!) a Josh dostał swoją własną kartę. Nie udało się nam jedynie załatwić zmiany adresy w SSA, gdyż akurat we środę mieli otwarte krócej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz